POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 23 (3113) z dnia 2017-06-07; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Róża Thun

Róża Thun

Czy warto nadstawiać pierś?

Prezydent, który sam niszczy państwo prawa i demokrację, beztrosko odznacza tych, którzy przed laty o nią walczyli.

Podobno minister Błaszczak przyznał sobie odznaczenie, ale potem odmówił przyjęcia go. Myślałam, że odmawia się tylko prezydentowi. A jednak Błaszczak potrafi odmówić sobie samemu! Taki skromny. Tyle że odmowy nie zawsze są takie komiczne. Ostatnio i w Polsce, i za granicą ciągle ktoś odmawia nadstawienia piersi Andrzejowi Dudzie w celu wbicia w nią odznaczenia. Łatwo się z tego śmiać, mam jednak wrażenie, że dużo to kosztuje tych odmawiających, bo uzasadnienia są emocjonalne i bolesne.

„Anihilacja Trybunału Konstytucyjnego, systematyczne, krok po kroku, podporządkowywanie trzeciej władzy politykom PiS to najpoważniejszy zamach na Konstytucję RP, na który nie wyrażam zgody i dlatego nie mogę odebrać przyznanego mi przez Pana Prezydenta odznaczenia” – napisał niedawno Zygmunt Łenyk, Małopolanin, opozycjonista z czasów komunistycznych, odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Z kolei polski konsul honorowy w Meksyku Alberto Stebelski-Orłowski w liście do Dudy odmowę przyjęcia Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi RP uzasadniał: „Śledzę ze smutkiem, w paru ostatnich latach, malejący prestiż Polski na arenie międzynarodowej, skutkiem posunięć obecnego rządu polskiego”. Dalej następowała długa lista owych posunięć, rozpoczynająca się od: „naruszania niezawisłości sądów, na pierwszym miejscu Trybunału Konstytucyjnego”. Konsul natychmiast został zwolniony przez polski MSZ z pełnionej funkcji.

Ryszard Pusz, gdański działacz podziemnej Solidarności, skazany i więziony w czasach Jaruzelskiego, odmawiając przyjęcia odznaczenia od prezydenta, napisał: „Nie mogę zaakceptować sytuacji, w której Pana obóz polityczny czyni bohaterami prokuratorów i sędziów stanu wojennego, przeciwstawia ich ludziom dawnej opozycji. Nie mogę pogodzić się z plugastwem agresywnego języka propagandy telewizji publicznej kontrolowanej przez Pana przyjaciół politycznych”.

Zaś Annette Laborey, Francuzka, która wspierała niezależne środowiska w Europie Środkowo-Wschodniej w walce z komunizmem, wysłała list, w którym tłumaczyła, że: „Jeśli przyczyną mojego odznaczenia był mój udział przez wiele długich lat w walce o wolność Polski, to ta właśnie przyczyna każe mi odznaczenie odrzucić”. A dalej bardzo dobitnie podkreślała: „Polska wpadła w ręce partii, którą mogłabym tylko zwalczać. Odznaczenie nadane takimi rękami zamienia się w zniewagę. Nie przyjmuję go”.

Tym bardziej zdziwiłam się więc, kiedy dostałam zaproszenie na obchody 40-lecia Studenckiego Komitetu Solidarności pod patronatem – i częściowo z obecnością właśnie – prezydenta Andrzeja Dudy. Dla tych, którzy nie muszą pamiętać: SKS powstał w Krakowie w maju 1977 r. po – do dziś ostatecznie niewyjaśnionej – śmierci studenta Stanisława Pyjasa (wiele wskazuje na to, że było to esbeckie morderstwo) i czarnych, żałobnych juwenaliach, które były jej następstwem.

Jak czytam w zaproszeniu: „SKS był grupą młodych ludzi, którzy przyjęli na siebie ciężar działalności antykomunistycznej w Krakowie, a także poprzez struktury SKS-ów w całej Polsce. Domagali się wolności obywatelskich i prawdy w życiu publicznym”.

Rozgrzała się moja skrzynka mailowa. Zaczęli pisać starzy znajomi: upamiętniać walkę o prawdę w życiu publicznym pod patronatem prezydenta, który znany jest głównie z tego, że łamie konstytucję i niszczy niezależne sądownictwo? (Znany jest również z tego, że dużo czasu spędza na nartach i że fajnie bawi na szczytach NATO – ale o tym może kiedy indziej albo najlepiej pomińmy to milczeniem).

Program obchodów był długi i bogaty: konferencje, seminaria, msza, wystawy, spotkanie towarzyskie. Tylko czy mam dziś ochotę spotykać się z tymi ludźmi, z którymi w drugiej połowie lat 70. łączyło mnie tak wiele? Byliśmy rzecznikami SKS i całe nasze siły oraz umiejętności oddawaliśmy walce o wolność i demokrację. Teraz zaś z wieloma osobami jesteśmy po różnych stronach barykady. Przez wiele lat, już w wolnej Polsce, spotykaliśmy się, zażarcie dyskutowaliśmy, nieraz kłóciliśmy się, ale kiedy PiS wrócił do władzy, wyrosła między nami barykada.

Jedni robią kariery, inni spokojnie przędą swą nić życia. Anka założyła firmę wprowadzającą przedsiębiorstwa na giełdę i święci triumfy, Elżbieta jest zakonnicą u Małych Sióstr Karola de Foucauld, ktoś jest nauczycielem w mieście średniej wielkości, a inny – samorządowcem we wschodniej Polsce. Ja jestem polityczką bardzo krytycznie nastawioną do poczynań rządu i prezydenta, a moja dawna koleżanka pracuje w jego kancelarii na Krakowskim Przedmieściu. Ewa pracuje w Fundacji Batorego, powstałej z pieniędzy funduszu Sorosa, a inni z naszego dawnego SKS-owskiego środowiska pracują w TVP lub innych prawicowych mediach, robią...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]