POLITYKA

Niedziela, 20 sierpnia 2017

Polityka - nr 20 (2705) z dnia 2009-05-16; s. 14-16

Kraj

Janina Paradowska

Czyj będzie czerwiec

Tylko prezydent Lech Kaczyński mógł zakończyć spór o miejsce obchodów rocznicy wyborów z 1989 r. Nie jest tajemnicą, że Solidarność jest jego zapleczem politycznym i wykonawczynią poleceń. Ale prezydent jest z PiS.

Lech Kaczyński najwyraźniej nawet pozornego pojednania nie chciał, skoro w dzień po decyzji premiera o przeniesieniu spotkania przywódców grupy wyszehradzkiej na Wawel ogłosił, że on wybiera się do Gdańska na obchody organizowane przez… No właśnie, przez kogo? Najwyraźniej przez wiceprzewodniczącego stoczniowej Solidarności Karola Guzikiewicza, który w ostatnich dniach został w Polsce kimś w rodzaju nadprezydenta.

Zatem – rozstawiał polityków Guzikiewicz – prezydent pod pomnik Poległych Stoczniowców, gdzie ma być patriotyczna msza, premier wraz z premierami innych krajów co najwyżej do Dworu Artusa, zagranicznych premierów pod pomnik ewentualnie się na moment przepuści, premiera Tuska już nie. Przynajmniej dopóki premier publicznie nie przeprosi, że stoczniowcy natarli na policję w Warszawie, co przecież utrwalono na niezliczonych filmach tak wyraźnie, że nawet pan Guzikiewicz z panem Śniadkiem nie są w stanie temu zaprzeczyć.

Zresztą miejsce spotkania premierów grupy wyszehradzkiej na Wawelu ma znaczenie drugorzędne. Wprawdzie pomysł, by spotkali się z młodzieżą w Gdańsku i przewrócili kostki domina, by pokazać symbolicznie, jak padał obóz realnego socjalizmu, nie był zły, ale Wawel jako miejsce spotkania grupy wyszehradzkiej też da się obronić. Kraków jest przecież miastem pierwszego polskiego papieża, którego wpływu na przemiany nikt raczej nie zakwestionuje.

Stocznia kolebką PiS

Jeżeli jednak 4 czerwca pod stocznią pojawi się pan prezydent z panem Guzikiewiczem, a nie będzie Lecha Wałęsy, to cóż to za rocznicowa uroczystość? Raczej jeszcze jeden partyjny mityng. W wyborach czerwcowych 1989 r. wystartowała „drużyna Lecha Wałęsy”, to zdjęcie z nim dawało przepustkę do mandatu, z której skorzystali zresztą obaj bracia Kaczyńscy jako przyszli senatorzy. Rekomendował kandydatów na listy Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie i obywatelskie komitety w regionach.

Jedność w tym obozie dawno upadła i niczego sztucznie się skleić nie da. Nawet na pokaz Europie czy światu. Rząd nie przemyślał, co zrobić z tą ważną i piękną, ale trudną rocznicą (część opozycji sprzed 20 lat wybory kontestowała, frekwencja wyborcza wcale nie oszołomiła jak na stawkę, będącą w grze), i jak ją obchodzić. Może typowanie jako jednego z głównych organizatorów Europejskiego Centrum Solidarności kierowanego przez o. Macieja Ziębę było błędem? Widać wyraźnie, że Centrum sobie nie radzi, a jego szef sprawia wrażenie, że nikomu nie chce się narazić w sytuacji, gdy to on powinien być głównym negocjatorem.

I zapewne rząd rzeczywiście chciał wykorzystać tę uroczystość jako element kampanii wyborczej. W końcu wszystkie rządy każdą możliwość świętowania wykorzystują dla podbudowania swego wizerunku, choć intensywności zawłaszczania przez PiS Stoczni Gdańskiej jako swojej już prawie partyjnej kolebki nie da się porównać z żadnymi wcześniejszymi zabiegami. A słynne zdanie Jarosława Kaczyńskiego, wygłoszone pod stocznią – jak się okazuje z wózka akumulatorowego, który sprowadził właśnie niezawodny związkowiec Guzikiewicz – że PiS znajduje się tu, gdzie walczący o godność robotnicy, a oni, czyli każdy, kto nie popiera PiS, tam gdzie ZOMO, wraca nawet jeśli już tylko jako farsa.

Jednak cały obecny bałagan w tej sprawie, jak i w wielu innych, wynika z logiki konfliktu politycznego toczącego Polskę i znajdującego swe kolejne kulminacje w okresach przedwyborczych. To jest konflikt nieuchronny, choć oczywiście bywa, że ingeruje weń przypadek i wydarzenia wymykają się spod kontroli, a wówczas wylewa się zbyt wiele emocji podgrzewanych przez szukające awantur media.

W okresach przedwyborczych wizerunki, właśnie ze względu na ową tabloidyzację polityki, są ważne, ważniejsze niż merytoryczne przesłanie. Plac Solidarności w Gdańsku podzielony kordonami policji, związkowi działacze gotowi do zadymy, czego przecież nie ukrywają, wspierani przez agresywnych działaczy z Sierpnia 80, którzy akurat robią kampanię wyborczą swemu przewodniczącemu Ziętkowi, okupując kolejne biura poselskie PO, nie byłby miejscem pokoju i spokoju. Za wiele negatywnych emocji już się nagromadziło. A Solidarność bierze czynny udział w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości.

Dyktowany scenariusz

Nie należy się więc dziwić premierowi, że chciał tych scen uniknąć, gdyż to one, a nie przewracające się kostki domina, zajęłyby uwagę mediów i tym samym opinii publicznej. Nawet za cenę oskarżeń o słabość i ustępowanie pola przed nieuchronną agresją. I nie ma tu nic do rzeczy, że na całym świecie protesty, często o wiele gwałtowniejsze niż w Polsce, są stałym elementem krajobrazu, a więc nikogo to nie zdziwi. 4 czerwca to nie jest 1 maja, to święto miało być próbą wyeksponowania zasług Polski w obaleniu komunizmu. Jeżeli takiego przesłania nie da się pokazać, to obchody w ogóle zaczynają tracić sens państwowy.

W czasie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]