POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 73-75

Historia

Tomasz Maćkowiak

Dalekie Zaolzie

Jerzy Urban, Wojciech Jaruzelski, Lech Kaczyński – co mają ze sobą wspólnego? Wszyscy przepraszali Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 r. Mieli szczere chęci, ale też chyba nie znali historii regionu, który, zanim zajęli Polacy, wcześniej anektowali Czesi. O czym mało kto dzisiaj pamięta.

Przeprosiny Lecha Kaczyńskiego z Westerplatte – w Polsce przyjęte z uznaniem nawet przez kręgi wobec prezydenta krytyczne – w Czechach przeszły w zasadzie bez echa. Odniosło się do nich tylko dwóch komentatorów: jeden bardzo zainteresowany wszystkim, co polskie, drugi bardzo ostentacyjnie zbuntowany przeciw tradycyjnemu czeskiemu nacjonalizmowi. Reszta sprawę zbyła milczeniem.

Kilka lat wcześniej ekipa czeskiej TV publicznej zrobiła wywiad z Wojciechem Jaruzelskim o inwazji w 1968 r. Powiedział w nim, że udział wojsk PRL w ataku na Czechosłowację był konieczny, wymagała tego polska racja stanu i że gdyby musiał zrobić to drugi raz, to by to zrobił. Zaraz potem uderzył się jednak w pierś Józefa Becka i ostro potępił agresję 1938 r.

Jeszcze wcześniej, bo gdzieś na początku lat 90., padły przeprosiny Jerzego Urbana. Był to rodzaj happeningu, zorganizowanego przez redaktora naczelnego „NIE” na fali inteligenckiej niechęci do Wałęsy. Z grupą zwolenników chodził po Czeskim Cieszynie i wołał: „Wałęsa, przeproś za Zaolzie!”.

Jest w tym coś bardzo znamiennego dla sposobu, w jaki Polska inteligencja myśli o Czechach, a tym samym o leżącym w granicach Czech Zaolziu. Stereotypy sprawiają, że Czesi wydają się nam tak sympatyczni, a przynajmniej tak nieszkodliwi, że do głowy nie przychodzi nikomu możliwość wyrządzenia komukolwiek krzywdy przez ten naród o gołębich sercach. Jest w tym myśleniu milczące założenie, że to społeczeństwo Szwejków nie jest zdolne do przemocy czy okrucieństwa i jeśli w historii naszego sąsiedztwa były jakieś brutalne epizody, to na ślepo możemy za nie przepraszać, no bo przecież niemożliwe, żeby takich rzeczy dopuścili się Czesi. Aż dziwne, że nikt nie zauważa lekceważenia i aroganckiego paternalizmu, jakim ocieka takie podejście.

Tymczasem właśnie najnowsza historia Zaolzia stoi w poprzek takich sterotypów. Tyle że trzeba ją znać całą, a nie tylko fatalny wycinek z 1938 r. Ruchy narodowościowe w dawnym Księstwie Cieszyńskim zaczęły się w XIX w. W chwili wybuchu I wojny światowej osoby deklarujące się jako Polacy stanowiły ponad 55 proc. ludności tego regionu, potem byli Czesi i Niemcy oraz cały koktail Słowaków, Żydów czy Węgrów – bo na tym terenie gwałtownie rozwijał się przemysł, który ściągał przez dziesięciolecia robotników z całej Europy Środkowej.

Dziś można się zastanawiać, co pojęcia „Polacy” czy „Czesi” oznaczały w tamtym czasie. Miejscowa ludność była bowiem autochtonicznie śląska, w większości wiejska. W domach mówiło się odmianą śląskiej gwary, w której swojskie brzmienia odnajdowali zarówno Polacy, jak i Czesi. Dla miejscowych Polaków jednak znaczenie decydujące ma fakt, że kiedy tutejsi chłopi zaczęli się zmieniać w robotników i mieszczan, zmiana stylu życia z wiejskiego na miejski połączyła się z niezwykłą aktywnością dziesiątek drobnych stowarzyszeń kulturalnych, które w większości zgłaszały akces do polskości.

Była to taka lokalna praca u podstaw, prowadzona przez zastępy księży, nauczycieli, społeczników. Szokujące, ale w tych procesach z polskością skojarzono nie państwowy, ogólnoaustriacki katolicyzm, ale rozpowszechniony na tym terenie protestantyzm. Do dziś zostało w regionie – i to po obu stronach granicy – przysłowie „Trzyma się jak luterska wiara na Śląsku”. Zaolziacy do dziś argumentują, że skoro lokalne elity tworzyły polskie towarzystwa śpiewacze i chóry – to czy jeszcze muszą udowadniać, że są Polakami, żeby w końcu uwierzyły im elity i w Pradze, i w Warszawie?

Prawdziwy problem zaczął się z końcem I wojny światowej. I Polacy, i Czesi na Śląsku Cieszyńskim powołali swoje lokalne władze i bez pomocy z zewnątrz pokojowo ustalili etniczną granicę. Przebiegała kilkadziesiąt kilometrów na zachód od granicy obecnej. Zdecydowana większość regionu została zatem uznana za polskojęzyczną. Porozumienie to zawarto 5 listopada1918 r. Było warunkowe: Czesi i Polacy ostateczną decyzję pozostawili stolicom swoich dopiero kształtujących się państw.

Warszawa chyba się za bardzo tym regionem jednak nie interesowała, w przeciwieństwie do Pragi. Podział regionu według granicy etnicznej sprawił bowiem, że jedyna wtedy istniejąca magistrala kolejowa łącząca wschód i zachód Czechosłowacji przebiegała przez Cieszyn – czyli terytorium, które w całości miało przypaść sąsiedniej Polsce. W dodatku tereny te były jednymi z najbogatszych regionów przemysłowych: kopalnie, stalownie, huty.

W polskiej części regionu trwała właśnie kampania wyborcza do Sejmu, w której ścierali się narodowcy, socjaliści i ludowcy. 23 stycznia 1919 r. na rozkaz premiera Karla Kramarza granicę etniczną przekroczył kilkunastotysięczny oddział wojsk ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • Granice Zaolzia

    Granice Zaolzia - [rys.] JR