POLITYKA

środa, 3 września 2014

Polityka - nr 39 (2369) z dnia 2002-09-28; s. 67-68

Kultura / Skandale filmowe

Zygmunt Kałużyński

Dalsze dzieje grzechu

Walerian Borowczyk, polski reżyser mieszkający we Francji, napisał książkę w całości poświęconą aktorce Grażynie Długołęckiej, która go oskarża o „chory seksualizm” demonstrowany na planie „Dziejów grzechu”.

Książkę „Moje polskie lata” Walerian Borowczyk napisał po francusku. Wywiad aktorki Grażyny Długołęckiej, z którym w książce polemizuje, ukazał się w „Przeglądzie Tygodniowym” 14 kwietnia 1999 r. Nosił tytuł „Koszmar »Dziejów grzechu«” i odnosił się do filmu według powieści Żeromskiego, nakręconego w 1975 r. w reżyserii Borowczyka, z Długołęcką w roli głównej. Wspomina ona swój udział jako jej najbardziej dramatyczny wstrząs życiowy. „Spotkanie z Borowczykiem jest historią chorego seksualizmu, który trafił akurat na mnie... Chciał mnie rozbierać w scenach, które wcale do tego nie upoważniały. Nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami... Próbował zmusić mnie, abym robiła rzeczy, na które się nie zgadzałam”.

„Chciał widzieć, jak rozkładam nogi. Zaczynając film byłam czystą, młodą dziewczyną z tysiącami kompleksów, kończąc byłam wystraszonym strzępem. Schudłam 14 kilogramów... Przeżywałam osobisty psychiczny dramat. Wychowana przez siostry urszulanki miałam mentalność zakonnicy i żyłam ze ściśniętymi nogami. Rozkładanie ich na planie w obecności reżysera niszczyło wszystko, co było we mnie czyste. Borowczyk z niebywałą złością sączył mi w ucho wulgarne słowa, straszył mnie i obrażał”.

Przeprowadzająca wywiad Jadwiga Polanowska wyraża wątpliwość, czy nie była to, ze strony reżysera, taktyka zmierzająca do osiągnięcia efektów wymaganych przez charakter filmu? „Nie. Do roli Borowczyk kupił mnie taką jaką byłam, z tym niewinnym seksem i czystością. A niszczył mnie prywatnie. Uważał, że skoro gram rolę takiej kobiety, powinnam to robić również poza planem. Przekonywał, że muszę mu ulec. Szalał, że nie może mnie złamać. Stało się jasne, że ma manie seksualne... Kontakt z takim człowiekiem był wykańczający... Byłam przestraszona, opluta, zniszczona... To wszystko, co przeżyłam na planie, tkwi we mnie do dziś. Mówię o tym publicznie po raz pierwszy w życiu”.

Odpowiedź Borowczyka jest pasjonacka; stanowi główną i właściwie jedyną treść jego książki, mimo tytułu zapowiadającego jego „polskie lata”. Jego zdaniem Długołęcka jest mitomanką i histeryczką na tle seksualnym. „Bezradna wobec swego niemoralnie intensywnego popędu płciowego... Nerwica psychiczna Długołęckiej wynika z niespełnionych w życiu czynów, których domagał się jej popęd płciowy”. W trakcie kręcenia w Zakopanem Borowczyk zastał w swoim pokoju hotelowym bukiet róż od niej, po czym: „Około północy zerwał mnie ze snu odgłos otwieranych drzwi: na środku pokoju stała Grażyna Długołęcka! Gwałtownie rozchyliła poły szlafroka i wypinając bezwstydnie owłosione łono zaczęła stąpać, na rozstawionych nogach, w moim kierunku. Cofając się krzyknąłem: »Proszę natychmiast wyjść, zrywamy z panią kontrakt!«. Potulnie opuściła pokój. Rzuciłem za nią czerwony bukiet i zamknąłem drzwi na klucz...”

„Postanowiłem zachować w tajemnicy anormalny popęd płciowy kobiety, którą mieliśmy filmować przez dwa miesiące. Bałem się oburzenia innych aktorów i podejrzenia, że film może być pornograficzny”. Wypowiedzi aktorki w wywiadzie Borowczyk tłumaczy odruchem psychoanalitycznym: „Osoba o intensywnym popędzie płciowym czyni wszystko, by ukazać się bez zarzutu, wstydliwą i przesadnie wstrzemięźliwą”.

Duet nienawiści

Kto tutaj ma rację? Możliwości są cztery: 1) Długołęcka ma rację, 2) Borowczyk ma rację, 3) obydwoje mają swoje racje, 4) obydwoje nie mają racji. Co dla kinomana ma znaczenie podrzędne, bo najważniejsza dla niego jest elektryczność, która przebiega między reżyserem i jego wykonawczynią i wpływa decydująco na rezultat na ekranie. Zaś elektryczność, jak wiadomo, działa albo przyciągająco, albo odpychająco (dwa plusy bądź dwa minusy); ale w obydwu wypadkach dostarcza filmowi wyjątkową energię.

Twórca i jego gwiazda jest to kawał mitologii kina, która obrasta, oczywiście, plotką, sensacją erotyczną i także skandalem, co nie zmienia faktu, że wybitni reżyserowie potrafili posłużyć się gwiazdami – niezależnie od tego, czy były one ich towarzyszkami życia, czy nie, czy łączyło ich jakieś uczucie poza atelier, czy nie – by dać pozycje ważne, i więcej – wywołać trendy, które liczą się w kulturze. Tak było z Vadimem, który z pomocą Brigitte Bardot wylansował nowy styl swobody, podjęty przez ówczesne młode pokolenie powojenne z lat 50., czy w wypadku Josepha von Sternberga, który w latach 30. posłużył się postacią Marleny Dietrich w cyklu filmów, które również stanowiły wzór obyczajowy; było to przeciwstawienie się rygorom, przyczyniającym się do ciążącej nad ówczesnym życiem obłudy.

Co prawda ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]