POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 7 (7) z dnia 2016-08-03; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 23. Jak się dogadać; s. 24-27

JA. Myśleć, co się mówi (o sztuce porozumiewania się słowami)

Agnieszka Krzemińska

Denat udał się do pracy

Dr Barbara Pędzich. Czy w Polsce mówi się różnymi językami i czy polszczyzna nam się psuje

Agnieszka Krzemińska: – Polszczyzna jest bardzo różnorodna. W końcu slangowi młodzieży daleko do języka literackiego. Czy polski składa się z wielu podjęzyków?
Barbara Pędzich: – Niemal każdy w zależności od sytuacji używa różnych wariantów polszczyzny, ale stwierdzenie, że jej odmiany środowiskowe czy zawodowe są osobnymi językami, jest uproszczeniem. One różnią się głównie słownictwem, a cechy gramatyczne czy brzmieniowe dzielą z językiem narodowym. Dlatego mówimy o socjolektach.

A nie dialektach, slangach i żargonach?
Pojęcie socjolekt jest pojemniejsze, bo nazywa wszelkiego typu środowiskowe odmiany języka i pozwala je traktować jako twory funkcjonalnie zbliżone do dialektów. Tak jak dialekty świadczą o geograficznym zróżnicowaniu polszczyzny, tak socjolekty o społecznym. Z kolei żargonami określa się zwykle języki grup utajniających swoją działalność, np. przestępców, a slangami – odmiany powstałe w wyniku spontanicznej twórczości językowej, m.in. studencki. Są jeszcze profesjolekty, czyli zawodowe odmiany polszczyzny.

Coraz hermetyczniej?

Na przykład dość niezrozumiała dla innych korpomowa korpoludków?
Jeśli od kogoś pracującego w korporacji usłyszymy „czif ekaunt pojechał na biznes tripa” zamiast „główny księgowy wyjechał służbowo”, to jesteśmy świadkami typowego użycia profesjolektu. Każdy z nas należy do różnych grup koleżeńskich czy zawodowych, którym polszczyzna ogólna nie wystarcza do skutecznej komunikacji. Dlatego używamy wielu odmian języka – po prostu ułatwiają nam one porozumiewanie się w różnych sytuacjach i środowiskach.

Czyli zadaniem socjolektu jest również tworzenie wspólnoty?
Tak, wspólny język bardzo jednoczy grupę. Pozwala jej członkom na swobodną wymianę informacji, ale jest też środkiem ekspresji lub wyrażania odrębnego światopoglądu. A skoro bywa zrozumiały tylko dla niektórych osób, daje im poczucie wyjątkowości czy nawet wtajemniczenia. Według językoznawcy Stanisława Grabiasa w socjolektach najpełniej odbija się zasada wzajemnej zależności między społeczeństwem a językiem: nie tylko grupa tworzy język, ale też język jest bytem warunkującym istnienie grupy.

Tak jest w przypadku języka paralotniarzy, którym się pani zajmowała?
Początkowo był dla mnie zupełnie niezrozumiały, co tak mnie zaintrygowało, że postanowiłam go poznać i od tego właśnie zaczęło się moje zaciekawienie socjolektami. Gdy spędziłam kilka godzin na startowisku z moim bratem, który czekał na warunki do lotu, dowiedziałam się, że „krawat” to nie element stroju, lecz zaplątanie się paralotni w linki, „coś mocniejszego” to nie napój alkoholowy, ale silny wznoszący prąd powietrza, a „ptasi móżdżek” to w tym środowisku komplement. Paralotniarze mają też wyjątkowo rozbudowane słownictwo dotyczące pogody. Uwzględnia ono zjawiska, których zwykły użytkownik języka nawet nie dostrzega, a które podczas lotu doświadczane są bardzo intensywnie. To kolejna istotna funkcja socjolektu – służy on do opisywania i interpretowania tych elementów rzeczywistości, które są ważne dla danej grupy.

To nawiązuje do idei językowego obrazu świata, która zakłada, że to, w jaki sposób widzimy świat, wiąże się z językiem, który wykorzystujemy do jego opisu.
To prawda, a właśnie dzięki socjolektom ogląd pewnego wycinka rzeczywistości może być bardziej wnikliwy, np. w słownictwie łowieckim jest dużo nazw części ciała różnych zwierząt, w slangu studenckim określeń związanych z uczeniem się i zdawaniem egzaminów, a stali bywalcy siłowni mają kilkanaście określeń bicepsa, np. bic, bicek, bicho, biszkopt, buła, jabłuszko.

Prof. Jerzy Bartmiński powiedział, że językoznawca może mieć duszę ogrodnika albo botanika. Ten pierwszy pielęgnuje swój ogród i usuwa chwasty, by rosły w nim tylko pożądane rośliny, ten drugi cieszy z każdej nowej roślinki. W socjolektach językowa wyobraźnia nie ma granic.
Językoznawca o duszy ogrodnika nie mógłby być badaczem socjolektów, bo ich rozwojem nie da się sterować. Tylko ci, którzy je tworzą, mają na nie wpływ. A są one rzeczywiście wdzięcznym obiektem badań i przykładem nieograniczonej pomysłowości w wymyślaniu nowych słów.

Coraz mniej zrozumiale?

No tak, ale czasami rozmowa z osobą posługującą się euroslangiem czy korpomową może niewtajemniczonym sprawiać kłopoty. Czy socjolekty, zbliżając ludzi wewnątrz grupy, nie wykluczają reszty?
Zdarza się, że słownictwo środowiskowe używane w niewłaściwy sposób utrudnia komunikację, zwłaszcza kiedy ktoś nadużywa profesjonalnego żargonu w komunikacji z osobami, które go nie znają. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rozmówczyni jest językoznawczynią, adiunktem w Instytucie Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się leksykologią i leksykografią, a także socjolingwistyką i językoznawstwem normatywnym. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych, m.in. książek „Jak powstaje socjolekt?” i „Słownik paralotniarski”.