POLITYKA

Wtorek, 25 kwietnia 2017

Polityka - nr 29 (2714) z dnia 2009-07-18; s. 58-60

Kultura

Katarzyna Janowska

Do dziś nie dorosłem

Rozmowa z Romanem Gutkiem o życiu w kinie

Ma libertyńska XVIII-wieczna Francja swoich encyklopedystów? Ha, niechaj to narodowie wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi, i swojego xiędza Benedykta Chmielowskiego, dziekana rohatyńskiego, firlejowskiego, podkamienieckiego pasterza mają! Ten zaś w „Nowych Atenach Albo Akademii Wszelkiej Sciencyi Pełnej”, posługując się gromadzoną przez lata wiedzą z szacownych źródeł (z Biblią i starożytnymi na czele) dał nam wierne świata opisanie, z którego się dowiadujemy, że w Afryce podróżni noszą przy sobie koguty dla obrony przed bazyliszkiem (bo ten „z natury” kogutów się boi), że św. Filipowi Nereuszowi „od miłości Boskiej serce się rozszerzyło z pokruszeniem ziobr dwóch”, że Noe do arki nie wziął ani muła, ani Koniorysia, ani Lisomałpa, zaś pewien bednarz z miasta Lucerna w Helwecji sześć miesięcy przeżył w jamie ze smokami, „posilając się lizaniem skał, sok słony wydających”, a uwolniony, ufundował bogaty ornat kościołowi św. Leodegariusza i skonał, bo „zepsowany miał żołądek”.

Kiedy niedawno warszawski sąd orzekł, że w dalszym ciągu w środowisku medycznym toczy się spór, czy homoseksualizm można leczyć, a w związku z tym, czy jest on chorobą, odetchnąłem z ulgą, oznacza to bowiem, że dziedzictwo ks. Chmielowskiego jest żywe i tylko nam się zdaje, że pewne spory naukowe wygasły. Istnieje wszak Towarzystwo Płaskiej Ziemi, założone przez Charlesa K. Johnsona, który dowodził, że zdjęcia z kosmosu to podróbki, preparowane, by odwieść ludzi od biblijnej prawdy; należy mieć nadzieję, że nie wymarł również mesmeryzm i że frenologia ma się dobrze, a w środowisku medycznym toczy się spór, czy Gall i Mesmer nie mieli racji.

Dobrze się ma również fetowany niedawno na polskich uniwersytetach dr Paul Cameron. Wprawdzie jego „badania” opierają się na iście bajkowych metodach, wprawdzie publikuje w niszowych pisemkach medycznych, wprawdzie już ćwierć wieku temu usunięto go z Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, które stwierdziło, że działalność Camerona nie ma nic wspólnego z nauką, wprawdzie używa on tak rozkosznych argumentów, jak ten, że seks homoseksualny jest po prostu przyjemniejszy (i jeśli się go nie zakaże, to mężczyźni będą hurmem uciekali od kobiet w ramiona innych mężczyzn, a przyrost naturalny siądzie nam jak źle przygotowany suflet) – ale i tak jest to „znany na świecie”, „ceniony autor wielu prac”. Macie encyklopedystę Diderota? A my mamy encyklopedystę księdza Chmielowskiego! I spór naukowy się toczy w Rzeczpospolitej!

A w „Rzeczpospolitej” red. Terlikowski straszy czytelników tego pisma (grupkę topniejącą, ale wciąż istniejącą przecież) „Rewolucją homoseksualną”. Już wrzucony do leadu argument wydaje mi się pięknym przykładem wynikania logicznego: „Jeśli godzimy się na uznanie, że prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia w stosunkach dwóch partnerów, a celem jest tylko ich zadowolenie, to nie ma powodów, by czynić różnicę między relacją homoseksualną a zoofilską”. Niestety, dzielny publicysta nie pisze nam, z kim mianowicie mamy się godzić na uznanie takich tez – artykuł sugeruje, że chodzi o jakieś tezy plugawych pederastów, ale jest to raczej wyciąg z przesądów na temat gejów. Od razu przychodzi mi na myśl kilka podobnych leadów: „Jeśli przyjmiemy, że życie polega jedynie na zaspokajaniu zwierzęcych chuci z białą kobietą, to nie ma powodów, by czynić różnicę między Murzynem a capem”; albo: „Jeśli przyjmiemy, że życie społeczne polegać ma na bezlitosnym wysysaniu kapitałów z gojów oraz wyrobie macy z krwi chrześcijańskich niewiniątek, to nie ma powodów, by czynić różnicę między Żydowinem a wszą, względnie pluskwą”; albo: „Jeśli przyjmiemy, że dla człowieka nie ma znaczenia intelekt i logika, a jedynie bezładne emocje, histeria i niepowstrzymane pożądanie, to nie ma powodów, by czynić różnicę między kobietą a suką w cieczce”. Ileż wspaniałych wynikań!

Dalej czytamy, że wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób przez WHO i Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zostało „wymuszone” (ja wiem, że John Edgar Hoover już wtedy nie żył, a Zbigniew Ziobro jeszcze nie działał, ale może jest jakiś zapis podsłuchu z tym wymuszaniem? Albo koperta z zastraszającym pismem? Czy to po prostu niewidzialne-hu-hu-ha-homoseksualne lobby w masońskich fartuszkach?) oraz: „z faktu bowiem, że relacje homoseksualne występują niekiedy w przyrodzie (...) nijak nie wynika, że takie zachowanie jest normalne czy moralnie akceptowalne”. A to rozczula – bo argumentu, że homoseksualizm jest „grzechem przeciw naturze”, używano od czasów Tomasza z Akwinu i dopiero po publikacjach, pokazujących rozmiar homoseksualizmu wśród zwierząt, okazało się nagle, że jest to argument bzdurny. Brawo!

Ale już w śpiewkach o gejach dławiących wolność myśli, prześladujących Kościół i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Roman Gutek (ur. 1958 r.) studiował zarządzanie na UW i antropologię kina w Instytucie Sztuki PAN. Dystrybutor filmowy, założyciel i współwłaściciel firmy Gutek Film, zajmującej się promocją światowego kina. Twórca Warszawskiego Festiwalu Filmowego i jego dyrektor do 1992 r. Współzałożyciel Fundacji Sztuki Filmowej. Dyrektor Programowy Festiwalu Lato Filmów w Kazimierzu Dolnym w latach 1995–2000. Twórca i dyrektor festiwalu Era Nowe Horyzonty. Laureat Paszportu „Polityki” w kategorii Kreator kultury.