POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Donald T. vs Donald T.

Mamy odpowiedź przynajmniej na jedno ważne pytanie dotyczące polskiej polityki: Tusk zostaje w Brukseli; nie zgłaszałby swojej kandydatury na drugą kadencję, gdyby nie był pewien wystarczającego poparcia. Kiedy go wybierano na szefa Rady Europejskiej, dominowały komentarze, że otrzymuje tę posadę trochę na wyrost, w dowód uznania dla spektakularnego „europejskiego sukcesu” Polski, także jako sygnał wysłany w stronę Putina. Reelekcja dokonuje się w innych, znacznie gorszych dla Europy okolicznościach, ale Tusk – poza Polską – nie jest o to obwiniany; przeciwnie – przeważa opinia, że nieźle sobie radził z problemem uchodźców, nie ponosi też odpowiedzialności za Brexit i w sumie dobrze układa unijne priorytety.

Dramatyczny list Tuska skierowany do zgromadzonych na Malcie przywódców europejskich słusznie został odczytany jako programowa deklaracja starego-nowego przewodniczącego Rady, który ma świadomość, że może być już ostatnim w tej roli. Tusk napisał, że wyzwania stojące przed Unią „są groźniejsze niż kiedykolwiek od czasu podpisania traktatów rzymskich”, powołujących, równo przed 60 laty, europejską wspólnotę. Wymienił „asertywne Chiny”, „agresywną Rosję”, terror i anarchię na Bliskim Wschodzie i w Afryce oraz – o co od razu część europejskiej prawicy miała do niego pretensję – niechętne Unii deklaracje nowego prezydenta USA. Apel Tuska wzywający do obrony nie tylko interesów, ale i godności Unii przed zewnętrznymi i wewnętrznymi nieprzyjaciółmi, przed prześmiewcami, populistami i egoistami, zrobił w Europie wrażenie, także ewidentnym odstępstwem od poprawnościowej normy unijnej biurokracji.

Odnowienie mandatu Tuska oznacza wotum nieufności wobec polskich władz, jednoznacznie i w pojedynkę wypowiadających się przeciw przedłużeniu mandatu rodaka (tu chyba cudzysłów) we władzach Unii. Donald Tusk pozostanie więc zapewne najważniejszym przedstawicielem Polski w Europie; nieformalnym i symbolicznym prezydentem na wychodźstwie tamtej, dobrze pamiętanej, Polski „eurosukcesu i euroentuzjazmu”. Ludzie PiS będą musieli to jakoś przełknąć. Zapewne przy pomocy zwiększonej dawki propagandowych środków oszałamiających. Donald Tusk, czemu terminowo sprzyja wizyta Angeli Merkel, już jest przedstawiany w partyjnych przekazach jako faktyczny lokaj pani kanclerz, w odróżnieniu od poważnego partnera, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Jakakolwiek, choćby retoryczna, poprawa – przez lata wzorcowych, a idiotycznie psutych przez PiS – stosunków z Niemcami będzie ogłoszona sukcesem pisowskiej Realpolitik. Wyjściem (tu cytaty) z niemiecko-rosyjskiego kondominium, układu kolonialnego czy też sojuszu Stasi (pamiętamy aluzje prezesa pod adresem Angeli Merkel?) z „wnukami z Wehrmachtu”. Nawdychamy się teraz tego czadu, zwłaszcza jeśli ktoś nieostrożnie otworzy piekarnik TVP.

W sumie lepiej, że Tusk pozostaje dziś w Europie, niż miałby przedwcześnie wrócić do polskiej polityki. Tutaj nikt, nawet większość jego dawnych towarzyszy partyjnych, na niego nie czeka. Oczywiście Tusk wydaje się naturalnym kandydatem opozycji w wyborach prezydenckich 2020 r., ale to jeszcze tyle czasu, że nie ma o czym mówić. Natomiast jest bezwzględnie potrzebny jako, choćby pośredni i dyskretny, przedstawiciel polskiej i środkowoeuropejskiej racji stanu w Europie. Ta racja wydaje się porażająco prosta: powinniśmy być ostatnimi, którzy dążą do rozmontowania wspólnoty europejskiej, osłabienia jej instytucji, rewizji traktatów, poluzowania współpracy i współpomocy. Satysfakcja „obozu niepodległościowego”, jak lubi się przezywać polska prawica, z Brexitu, możliwego francuskiego „Frexitu”, protekcjonizmu i antyniemieckości Trumpa, niezależności Orbána itp., to, mówiąc delikatnie, radość karpia z nadchodzących świąt. Nawet gdyby prezes wierzył, że nic już nie powstrzyma rozpadu Unii – nam wypada robić wszystko, aby ten proces opóźniać, a najlepiej odwrócić. W dzisiejszym świecie rzeczywiście niezależni możemy być tylko razem.

PiS wydaje się przekonany, że „w Europie każdy walczy tylko o swoje interesy”. Pytanie jednak, o jakież to szczególne interesy Polski walczy w Unii i z Unią obecna władza? Możliwość utrzymywania dotowanej gospodarki węglowej, łącznie z produkcją smogu? Obniżenie standardów ochrony przyrody? Osłabienie gospodarczej potęgi Niemiec, z której Polska najbardziej w Europie korzysta? Jasne, walczymy w obronie suwerenności państwowej przeciwko interwencji Brukseli, czyli w praktyce o co? Żeby się nikt nie wtrącał, jeśli władza będzie łamała konstytucję, gwałciła sądy, rozbijała samorządy lokalne? Jeśli będzie naruszała wolności obywatelskie, prawa opozycji i inne zasady zachodniej demokracji, opisane w unijnych traktatach? Jeszcze chodzi o utrzymanie z dala uchodźców – i to właściwie wszystkie czytelne priorytety polskiej polityki europejskiej. Wszystkie – negatywne.

Od ponad roku widzimy, że działania zewnętrzne państwa służą albo propagandzie, albo polityce wewnętrznej. W dzisiejszych niespokojnych czasach to strategia nieodpowiedzialna, wręcz samobójcza. Ale, podobnie jak rozbrajanie i dewastacja polskiej armii przez Macierewicza czy dramatyczne zadłużanie kraju, mało na co dzień odczuwalna i widoczna. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]