POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 13 (3104) z dnia 2017-03-29; s. 18-20

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Dostawcy godności

Partia Kaczyńskiego daje ludziom to, czego nie dostarcza opozycja: poczucie godności i dumy. To stwierdzenie ma już status oczywistości nie tylko w oczach entuzjastów PiS, ale też niektórych jego przeciwników. Co to znaczy?

Po przegranej batalii brukselskiej PiS ratunkowo uruchomił z całą mocą swój znany przekaz o tym, że zawsze broni polskiej godności, że ta nie ma ceny i nie podlega negocjacjom. Godność jest wartością bezwzględną i jej ochrona pozwala widzieć zwycięstwa, triumfy i satysfakcje tam, gdzie inni widzą porażkę i wstyd. Żeby było zabawniej, pisowskie media czyniły wygibasy interpretacyjne (część jednak była trochę zakłopotana), by porównać gesty premier Szydło w Brukseli do gestu Kozakiewicza, zapominając, że polski tyczkarz w spektakularny sposób kwitował swoje zwycięstwo, a nie klęskę.

Wbrew faktom prezes Kaczyński jeszcze raz przedstawia swoją formację z pozycji moralnych wyżyn, jako odwrotność małej, sprzedajnej i niehonorowej opozycji. Ta gierka jest wielokrotnie powtarzana, niemniej wciąż zadziwiająco politycznie skuteczna. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

Niemal wszyscy powtarzają, że PiS „karmi polską duszę”, że daje więcej w sferze wartości, niż mają do zaproponowania środowiska liberalne, że docenia wagę symboli i religii, dostrzega znaczenie historii i dumy narodowej. Bardzo rzadko towarzyszy temu refleksja, o jakie rozumienie godności i dumy tu chodzi, jak je pojmuje sam PiS, jak wykorzystuje symbole i traktuje religię. Dlatego ugrupowanie Kaczyńskiego może uchodzić za uduchowioną formację, która oferuje Polakom wręcz transcendentne uniesienia, wielkie słowa i przeżycia, a opozycja jawi się jako sucha, technokratyczna hałastra, bez ideowych ambicji, a w dodatku, jak często powtarzają akolici PiS – upadła moralnie.

Żeby zrozumieć, na czym według PiS polega ta akcja godnościowa, trzeba koniecznie wrócić do pojęcia sprzed dekady (chyba autorstwa Ludwika Dorna), kiedy to pojawiło się w prawicowym środowisku sformułowanie „redystrybucja prestiżu” – jako priorytetowy postulat do zrealizowania. Kluczowe jest tu słowo „redystrybucja”, bo określa ono całą polityczną i moralną filozofię ugrupowania Kaczyńskiego. Oznacza, że istnieje w przestrzeni publicznej pewna określona, ograniczona ilość prestiżu i godności, która może być podzielona między obywateli tak lub inaczej, na podstawie odgórnych decyzji. To kolejny państwowy zasób oddany do dyspozycji szefa PiS. W dodatku to towar w Polsce zawsze deficytowy, a rozmaite traumy, obiektywne i subiektywne krzywdy, poczucie niedocenienia są stałym paliwem rządzącej dzisiaj formacji.

Tak rozumiana godność staje się cechą wspólnoty, można ją odzyskać zbiorowo, w wyniku politycznego oficjalnego aktu – może to być np. ostateczne wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej, przeciwstawienie się tzw. historycznej pedagogice wstydu, powstanie z kolan w polityce zagranicznej, przekierowanie strumienia pieniędzy w stronę swoich, dotychczas krzywdzonych, wyborców. Ale też można ją zbiorowo stracić. Kilka lat temu ludzie PiS mówili, że raport Anodiny w sprawie Smoleńska „upokorzył Polaków”, to był właśnie przykład tej generalizacji – jedna kobieta upokorzyła cały naród. Ostatnio w Brukseli chciała to podobno zrobić Angela Merkel. Ten, kto próbuje się wyłamać z grona odgórnie upokorzonych, bo się tak nie czuje i nie sądzi, aby jego godność zależała od Anodiny czy Merkel, jest nazywany zdrajcą.

W takim ujęciu prestiż i godność jednostek nie powstają indywidualnie, samoistnie, na skutek prywatnych przemyśleń, wrażliwości, osiągnięć, życiowego dorobku, poczucia swojej wartości, ale są przydzielane przez państwo albo mają wynikać tylko z samej przynależności: do narodu, odpowiedniej grupy, właściwej religii. Nie wymaga więc to wysiłku, a własna refleksja jest wręcz niepożądana. Sens redystrybucji jest zatem jasny: aby jednym dostarczyć godności, trzeba komuś ją odebrać. Prestiż pewnych grup może wzrosnąć tylko wtedy, kiedy znaczenie innych środowisk zostanie przez politycznych decydentów ograniczone.

Zakłada się, że suma jest tu zerowa, a pula godnościowa – jednowymiarowa, że nie mogą istnieć obok siebie różnorodne, nawet czasami przeciwstawne, godności, poczucia honoru i dumy. Tworzy się i narzuca innym wygodną, usłużną politycznie logikę, która godność wielu ludzi narusza lub w ogóle nie bierze jej pod uwagę. Często pod sztandarem obrony godności depcze się wrażliwość innych, odbiera się cześć i honor. W tym ujęciu godność służy przede wszystkim walce, staje się politycznym narzędziem, uzasadnieniem dla przeprowadzanych czystek personalnych i innych rewolucyjnych zmian. Jeśli przywrócona ponoć godność ma pełnić jakąś terapeutyczną rolę, to nade wszystko jako satysfakcja z pognębienia innych.

Widać to na każdym kroku. „Suweren” będzie dowartościowany tylko wtedy, kiedy pognębi się elity. Nowi oficerowie w wojsku będą zadowoleni, kiedy się przepędzi starych pułkowników i generałów. Dobrzy i słuszni prokuratorzy czy sędziowie poczują się godni, kiedy tym starym i złym tę godność się odbierze. Polacy poczują dumę wówczas, kiedy inne państwa, a zwłaszcza Niemcy, dostaną po nosie. Historyczna niewinność i krzywdy Polaków muszą się wiązać z tym większą winą i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]