POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 94

Passent

Daniel Passent

Dozwolone od lat 60

Przeczytałem kiedyś, że spośród wszystkich tygodników POLITYKA ma najstarszych czytelników, a ponieważ rozumu nabiera się z wiekiem, więc znajdujemy się w klubie elitarnym. Lubię czytać pamiętniki moich współczesnych – dowiadywać się, jak w moich czasach żyli inni – okupacja, stalinizm, Październik, Marzec, Grudzień, Sierpień, czyli polski kalendarz. W związku z tym przeczytałem niepozorną książkę Andrzeja Kokowskiego (ur. 1953 r.), „ZŁOTÓW. Opowieść o małym miasteczku” (wyd. UMCS, 2012). Nie powiem, żeby dzieje Złotowa (18 tys. mieszkańców) mnie pasjonowały. Na pierwszy rzut oka – jeszcze jedna „pozycja wspomnieniowa”, bogato ilustrowana: rodzice na ślubnej fotografii, „tacy byliśmy w naszej paczce radośni”, ratusz, „stoję w wejściu do naszej kamienicy”...

Od początku lektury zwraca jednak uwagę męcząca ilość szczegółów. Rozlewnia wód gazowanych w bramie, stare dęby, pałacowy płot z czerwonej cegły, pasyjka przy wejściu do nieistniejącego już domu kościelnego, dawny zbór pełniący rolę magazynu… Ten autor mnie zamęczy – pomyślałem i zacząłem szukać o nim informacji w książce. Na próżno! Bo choć na końcu znajduje się „Moje kalendarium”, to zaczyna się ono od śmierci Stalina (kilka tygodni później przyszedł na świat autor). A co dalej? Na próżno szukać w kalendarium, co autor robił pomiędzy 1972 (matura, zdaje na archeologię w Poznaniu) a rokiem 2011, kiedy został Honorowym Obywatelem Miasta Złotowa. Za co – nie piszą.

Tymczasem Andrzej Kokowski jest znanym archeologiem, profesorem zwyczajnym na UMCS w Lublinie, specjalistą w dziedzinie czasów rzymskich i przedrzymskich: Goci, Wandalowie, Sarmaci i tym podobni. Na liście honorowych obywateli Złotowa znajdujemy go obok senatora Marka Borowskiego, co nas utrwala w przekonaniu, że jesteśmy w dobrym towarzystwie. A więc archeolog! Teraz rozumiem, skąd te dokładne, drobiazgowe opisy ulic, domów, mebli, sprzętów, no i ludzi oraz obyczajów. Nie bez powodu autor jest laureatem nagrody archeologicznej pod dowcipną nazwą Złota Łopata.

Dzięki niemu powraca dzieciństwo w Polsce powojennej, w małym miasteczku na ziemiach zachodnich. Kokowski spędza pierwszych 20 lat swojego życia w Złotowie (1953–72). Dom nie był zamożny – rodzice ze wsi, ale zawsze w garnku coś tam było. Dzieci na ogół są wolne od trosk, ale autor pamięta wyprawy matki po węgiel na stację kolejową. „Dla mojej Mamy te wyprawy to był coroczny, prawdziwy koszmar. Nieustanne polowanie na dostawę opału, wystawanie długimi godzinami w kolejce po jego zakup”. Nie jest to jednak koniunkturalna książka w duchu „koszmar czerwonego dzieciństwa”; szczenięce lata przyszłego profesora były w sumie udane, z rodzicami i rodzeństwem, we własnym mieszkaniu. Każdej niedzieli, odświętnie ubrani, szli do kościoła, który zajął dawny zbór ewangelicki. „W kościele z zasady potwornie się nudziłem, chyba że pozwalano mi wrzucać w podzięce monetę do jednej ze skarbonek z kiwającym główką aniołkiem lub murzynkiem...”. Od czasu do czasu po ulicy sunęły kolorowe wozy taborów cygańskich. „Wtedy uciekaliśmy gromadnie do domów, przekonywani przez rodziców, że »Cygany kradną dzieci«”.

Jedną z nielicznych rozrywek było kino. Film „A Hard Day’s Night” z Beatlesami wywołał „niesłychane emocje” wśród starszych. Niestety, w kinie surowo przestrzegano dozwolonego wieku oglądających. Tuż po czołówce zapalało się światło, na salę wkraczali nauczyciele i sokolim wzrokiem wypatrywali ofiary. Z tego powodu film o Beatlesach obejrzał autor dopiero po maturze. Były za to wycieczki szkolne do kina, co pozwoliło nauczyć się prawie na pamięć „Opowieści o prawdziwym człowieku”, dzielnym lotniku radzieckim, który w podniebnej potyczce ze znienawidzonym faszystą stracił obie nogi, ale dalej bronił nieodległości. Wzruszająca historia nie robiła na dzieciach wrażenia. Na co dzień Związek Radziecki w Złotowie się nie pojawiał, chyba że w czasie Wyścigu Pokoju. „Słuchaliśmy gromadnie nieprawdopodobnie ekscytujących transmisji z nadzieją, że wygra Polak albo każdy inny, byle nie ruski lub enerdowiec”. Niestety, autor pomija niektóre ważne sprawy, np. wysiedlenia Niemców z Ziem Odzyskanych, choćby ze Złotowa.

Dla młodych ludzi zawsze ważna była fryzura i ciuchy. „Należałem do tych szczęśliwców, którzy mieli bitelsówki, czyli buty na obcasie z długim noskiem. Nie miałem natomiast rollingstonek, które posiadały efektowną, błyszczącą, metalową klamrę”. Miejscowy czapnik robił m.in. degolówki. Obowiązkowe były spodnie dzwony oraz płaszcze przeciwdeszczowe z ortalionu, które nosiło się z wielką gracją zarówno w deszcz, jak i w największy upał. „Widok biegnących w rozwianym ortalionie, który szeleścił rozkosznie” był w końcu lat 60. „absolutnie powszechny”, chociaż rodzima produkcja rzemieślnicza, trochę bardziej sztywna, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]