POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 38 (2723) z dnia 2009-09-19; s. 58-59

Kultura / Kawiarnia Literacka

Krzysztof Siwczyk

Dożywocie w małym miasteczku

Polakom na ogół mało rzeczy się podoba. Kolejny rząd okazał się zły i kłamliwy, służba zdrowia weszła w fazę agonalną, górnicy mogą najechać stolicę kombajnami, tymi węglowymi, kultura niedofinansowana, Doda bredzi i jest represjonowana, wiara w narodzie słabnie, bo żyjemy w cywilizacji śmierci, skąd więc brać siły do życia. Ku pokrzepieniu serc opowiem więc o małym miasteczku, gdzie nie ma większych problemów.

Mikołów, Górny Śląsk. Trochę mieszkańców, którzy nie narzucają się ze swoim ego. Mały, uroczy ryneczek, jedna lepsza knajpa i jedna bardzo brzydka, w podziemiach kamienicy. Miasto-bohater wiersza Andrzeja Bursy o małych miasteczkach. Duże skupisko poetów przypadających na jednego mieszkańca. To prawdopodobnie tradycja kultywowana przez lokalną społeczność, po przedwczesnym odejściu słynnego Rafała Wojaczka, który jest najsłynniejszym synem tego miasta. Ponadto Norwid, jak głosi legenda, przepił paszport w Mikołowie, kiedy udawał się do Paryża. Jego obecność w miasteczku dokumentuje solidna, mosiężna tablica pamiątkowa.

Relacje między władzą a mieszkańcami miasteczka wyglądają wzorowo. Po prostu burmistrz przechadza się po rynku i dookolnych ulicach, obywatel podchodzi, zagaduje i wszystko gra. Nie istnieje bariera między władzą a ciałem udzielającym jej mandatu. Nie trzeba niczego ukrywać, bo w małym mieście wszyscy wszystko wiedzą. Jak ktoś się upije, nie musi przemykać po ścianach, może dumnie kroczyć przez agorę ryneczku w poczuciu pełnej akceptacji.

Władze Mikołowa są świadome skarbu, jakim dysponują. Nietuzinkowy Rafał Wojaczek, alkoholik i genialny poeta, jest lepszy niż tuzin białych kołnierzyków pracujących w różnych biurach promocji miast, w których produkuje się głównie zapałki i kubeczki z wizerunkiem. Władze powołały więc do życia Instytut Mikołowski, który sławi imię Wojaczka, wydaje kompletnie ezoteryczne i elitarne pozycje książkowe, zaprasza kwiat humanistyki polskiej na różne konferencje i spotkania.

Burmistrz miasta, jak na doktora nauk matematycznych przystało, jest fanem twórczości poetyckiej wszelkiego rodzaju, czego nie można raczej powiedzieć o innych burmistrzach miast, a już na pewno nie o prezydentach miast i prezydencie kraju. Jednym słowem miasteczko postawiło na kulturę wysoką i na tym wygrało. Rokrocznie korowody młodych ludzi odwiedzają Mikołów, żeby czegoś się dowiedzieć o słynnym Wojaczku, kupić jakąś książkę, ewentualnie wymusić na pracownikach instytutu pełną wersję pracy maturalnej, którą przedstawią podczas tzw. prezentacji. Temat: Wojaczek jako poeta przeklęty. Oczywiście, pracownicy instytutu jako istoty moralne od razu kierują młodych ludzi wprost do biblioteki i karcą ich za cwaniactwo. Udzielają jednak pełnej informacji, dzielą się skarbami instytutu (faksymilia, rzadkie zdjęcia, oryginalne przedmioty po zmarłym Wojaczku). I tak to się już kręci 10 lat, bo właśnie przypada rocznica powołania w rodzinnym domu poety placówki kulturalnej, którą znają wszyscy w mieście, a nawet niektórzy w kraju i za granicą. Placówki będącej jednocześnie mieszkaniem.

Taki pracownik Instytutu Mikołowskiego przychodzi rano do roboty i nie może z czystym sumieniem pracować, gdyż dalej jest w domu. Ma przeto poczucie winy wobec innych mieszkańców miasteczka, którzy jednak pracują w miejscach pracy. Stąd mobilizuje się tym bardziej i dziarsko przystępuje do zdobywania dodatkowych pieniędzy na działalność swojego domu. Chce go uposażyć w kolejne książki, zorganizować kolejne wystawy i konferencje. Czasami nawet uda się nakręcić fabularny film. Mniej więcej co 10 lat pracownicy instytutu kręcą film. Zaczęli, oczywiście, od fabuły „Wojaczek” Lecha Majewskiego, ostatnio skończyli na fabule „Wydalony” Adama Sikory. Biorąc pod uwagę fakt, że fabuła ta inspirowana jest twórczością prozatorską Samuela Becketta, można bez większego ryzyka założyć, że będzie to ich ostatni film.

Ten idylliczny obraz psuje śmierć. Umiera szef instytutu i nagle wszystko okazuje się pozbawione większego sensu. Śmierć w małym miasteczku potrafi zepsuć znacznie więcej niż w metropolii. O śmierci od razu dowiadują się wszyscy. Z tych wszystkich znaczna część jakoś ją przeżywa. Pozostali przy życiu pracownicy instytutu próbują więc działać nadal, przychodzą rano do roboty, kombinują, kogo by tu zaprosić, co by tu wydać. Przy czym robią to teraz zupełnie inaczej. Robią to w poczuciu, że to miejsce zaczyna mieć już swoją historię, bo tylko śmierć kolegi udziela faktycznego statusu domowi, jakim jest w tym przypadku praca.

W takim przypadku nie ma sensu rozpisywać żadnych konkursów na następnego szefa. Po prostu najstarszy w kolejce przejmuje pałeczkę i wiąże się z miejscem na długie lata bez wrażenia, że coś się traci. Nie istnieją zupełnie kwestie typu: ambicja, rozwój zawodowy. Istnieją natomiast zagadnienia takie jak: pamięć, etos, wspólne ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Krzysztof Siwczyk (ur. 1977 r.), poeta, krytyk literacki. Opublikował dziewięć książek poetyckich. Ostatnio „Centrum likwidacji szkód” (2008 r.). Zagrał poetę Rafała Wojaczka w filmie „Wojaczek” Lecha Majewskiego (1999 r.). Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Gliwicach.