POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 34 (2719) z dnia 2009-08-22; s. 74-75

Świat

Tomasz Zalewski

Druga dama

Slogan kampanii prezydenckiej Billa Clintona „dwoje za cenę jednego” sprawdził się i dziś, kiedy to Hillary Clinton jako sekretarz stanu wniosła w posagu Barackowi Obamie swego męża.

Bill Clinton powrócił na czołówki gazet dzięki udanej misji dyplomatycznej w Korei Północnej. Tymczasem małżonka Hillary podróżowała akurat po krajach Afryki, co nie przyciąga nadmiernej uwagi mediów. W USA pojawiły się nawet głosy (m.in. popularnej felietonistki dziennika „New York Times” Maureen Dowd), że Bill znowu zepchnął ją w cień i że to kolejny przejaw uszczuplenia wpływów Hillary przez otoczenie Obamy. Czy rzeczywiście?

Była Pierwsza Dama zaciekle rywalizowała z Obamą o nominację prezydencką i w zeszłorocznej kampanii ostro krytykowała jego koncepcje polityki zagranicznej, wybór na szefową dyplomacji przyjęto więc jak sensację. Przewidywano, że jako sekretarz stanu z głośnym nazwiskiem zostanie „twarzą Ameryki” na świecie. W tej sytuacji naturalne nawet byłyby spięcia między Białym Domem a kierowanym przez nią Departamentem Stanu. Rzeczywistość okazała się inna.

Od początku rządów nowej ekipy Hillary jest raczej mało widoczna; pojawiły się też sygnały, że dano jej tylko ograniczoną swobodę działania. Obama nie zabrał jej na szczyt G8 ani na spotkanie z Miedwiediewem i Putinem. – Obama nie lubi dzielić sceny z kimś innym, jak wszyscy silni prezydenci – mówi profesor historii politycznej w American University Alan Lichtman. Hillary nie udało się mianować na ambasadorów kilku jej dyplomatów, Biały Dom przeforsował własnych kandydatów, głównie politycznych nominatów wynagrodzonych za wsparcie Obamy w kampanii (wysłanie na placówkę w Warszawie związanego z Hillary Lee Feinsteina komentowano jako nagrodę pocieszenia). Biały Dom zablokował też nominację na autora jej przemówień, zaufanego dziennikarza Sidneya Blumenthala.

Clinton podłożyła się na początku serią gaf. Powiedziała, że Iran buduje w Nikaragui „wielką ambasadę” (nic takiego nie miało miejsca), przekręciła nazwisko szefa polityki zagranicznej UE Javiera Solany i nazwała USA „ojczyzną demokracji”, do czego co najmniej równe roszczenia może zgłaszać Anglia. Potknięcia pozwoliły jej przeciwnikom twierdzić, że wcale nie ma wystarczającej wiedzy ani doświadczenia na arenie międzynarodowej, których w kampanii odmawiała nowicjuszowi Obamie.

Atakuje ją lewica Partii Demokratycznej, niezadowolona z jej powściągliwego stanowiska w kwestii praw człowieka w Chinach. Krytykują konserwatyści, którzy liczyli, że jako sekretarz stanu potwierdzi swą reputację jastrzębia. „Pani Clinton gorzko rozczarowała tych, którzy spodziewali się, że uczyni twardszym stanowisko prezydenta w kluczowych kwestiach, zwłaszcza irańskiego zagrożenia nuklearnego” – napisał ekspert Heritage Foundation, jednego z najbardziej wpływowych think tanków na świecie, Nile Gardiner.

Problem polega na tym, że Hillary trzyma się ściśle linii wytyczonej przez samego Obamę.Clinton ma pewien margines samodzielności, ale nie jest głównym strategiem; to prezydent pełni tę rolę – mówi Lichtman. Znawcy waszyngtońskich kulis są zgodni, że ośrodek kształtowania polityki zagranicznej nowej ekipy znajduje się teraz w Białym Domu i rola Departamentu Stanu w tym zakresie zmalała. Obamie w kampanii wyborczej zarzucano brak przygotowania: filmik propagandowy podawał w wątpliwość, czy taki prezydent będzie potrafił zareagować na nieprzewidziany „telefon o trzeciej nad ranem” z informacją o światowym kryzysie. Tymczasem prezydent okazał się niezwykle aktywny i zaangażowany na globalnej arenie i – jak pisze w „New Republic” Michael Crowley – „wydaje się rozumieć problemy lepiej niż niektórzy eksperci z jego otoczenia”. Już w lutym wzmocnił i poszerzył swoją Radę Bezpieczeństwa Narodowego o ministrów bezpieczeństwa wewnętrznego, energetyki i sprawiedliwości. „Jest swoim własnym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego i sekretarzem stanu. Angażuje się w politykę zagraniczną tak bardzo jak Richard Nixon i George Bush senior” – pisze Crowley, wspominając prezydentów uznanych w sprawach międzynarodowych za autorytety.

Centralizując politykę zagraniczną, Obama, czuły na punkcie dyscypliny, pragnie zapobiec sporom i napięciom między różnymi jej ośrodkami, a historia USA była ich pełna w ostatnim półwieczu. Zwykle kluczową rolę w kształtowaniu stosunków z zagranicą odgrywał Departament Stanu. Jego siedziba znajdowała się naprzeciw Białego Domu, a tacy szefowie jak Dean Acheson (sekretarz stanu w rządzie Harry’ego Trumana 1949–1953) i John Foster Dulles (rząd Dwighta Eisenhowera 1953–1959) czy wcześniej George Marshall (w rządzie Trumana przed Achesonem 1947–1949) byli prawdziwymi architektami polityki zagranicznej.

Pod koniec lat 40. utworzono jednak w Białym Domu Radę Bezpieczeństwa Narodowego, której szefowie z tytułem doradcy prezydenta wchodzili w ciągłe konflikty z sekretarzami stanu i innymi członkami gabinetu. Doradca prezydenta Cartera Zbigniew Brzeziński spierał się z ówczesnym szefem dyplomacji, zwolennikiem miękkiego kursu wobec ZSRR, Cyrusem Vance’em. Sekretarz stanu Reagana, pragmatyczny George Shultz (1982–1989) walczył o wpływy z nieprzejednanym rycerzem zimnej wojny, ministrem obrony Casparem Weinbergerem. Tylko papież strategii i dyplomacji Henry Kissinger był na tyle silny, że skupił w swym ręku oba kluczowe ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]