POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 25 (3064) z dnia 2016-06-15; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Druga kadrowa rusza na media

Na apel prezydenta, aby do szczytu NATO i zakończenia ŚDM ostudzić polityczną gorączkę, odpowiedział prezes Kaczyński, zarzucając opozycji, że broni terrorystów.

Nadzwyczajnie widowiskowy upadek ustawy zwanej „dużą medialną”, mającej ustanowić media narodowe, uznano za największą z dotychczasowych legislacyjnych wpadek PiS, które w produkcji legislacyjnych bubli bije rekordy. Tym razem zbuntowały się nawet zwykle karne partyjne szeregi i sama pani przewodnicząca sejmowej komisji kultury Elżbieta Kruk powiedziała: dość. Na usprawiedliwienie przywołano, rzecz jasna, Brukselę i wymaganą przez nią notyfikację przy okazji zmian abonamentowych. Notyfikacja oczywiście jest potrzebna i jeśli z tego faktu autorzy zdali sobie sprawę dopiero teraz, świadczy to o ich niekompetencji. Rzecz jednak w tym, że cały projekt nadawał się wyłącznie do kosza, gdyż niczego porządnie nie przemyślano: ani kształtu tych nowych instytucji kultury powstających w miejsce pogardzanych spółek prawa handlowego, ani kwestii opłaty audiowizualnej, która powinna zapewnić stabilne finansowanie na poziomie 2 mld zł.

Okazało się, że PiS jest mocne tylko tam, gdzie trzeba złapać parę stanowisk, tam gdzie trzeba pomysłów i wiedzy, jest zwykle intelektualna pustka. I dodatkowo niechęć do korzystania z doświadczeń i opracowań już gotowych. KRRiT przygotowała różne warianty finansowania, ale nie brano ich pod uwagę, pewnie uznając, że są z wrogiego obozu. Podobno ma powstać druga „mała” ustawa abonamentowa, bo pieniędzy od zmian kadrowych nie przybywa, raczej ubywa, a wraz z odpływem widzów ubędzie więcej. Możliwości lepszego ściągania abonamentu już się wyczerpały. I co teraz? Inspekcje domowe, aby złapać tych, co nie płacą? Przypisać abonament do PIT, czyli jednak ruszyć podatki? Nie wydaje się, by autorzy mieli jakiś pomysł.

Tak więc zamiast „dużej medialnej” będzie druga „kadrowa”, która sprawi, że decyzje personalne przeniesione zostaną z ministra skarbu na Radę Mediów Narodowych, gdzie opozycji przyznano aż dwa miejsca. Początkowo było jedno, ale jak wiadomo, PiS jest partią skłonną do głębokich kompromisów, więc dorzucono miejsce dla ruchu Kukiz’15, bo aż dwie największe sejmowe partie opozycyjne mają mieć swoich przedstawicieli. Taki to rozkwit demokracji. PiS oczywiście będzie miało trzech, więc wszystko przegłosuje, a jak trzeba, to i Kukiz pomoże. Wygrał Kurski, przegrał Czabański – ogłosili liczni komentatorzy. O Kurskim jako prezesie telewizji nieźle wyrażał się ostatnio prezes Kaczyński, więc posadę zdaje się mieć na razie zapewnioną, tym bardziej że w spółce jednak trudniej zmieniać władze, nawet jeśli kompetencje do ich powoływania ma mieć nowa rada. Nie ma to jednak większego znaczenia: Czabański może zostanie prezesem RMN, w którym to gremium określenie „narodowe” brzmi i śmiesznie, i cynicznie.

Dla Platformy to wyzwanie: wchodzić do Rady czy nie wchodzić? Wchodzić i autoryzować skrajne manipulatorskie medialne partyjniactwo, okraszone warsztatem urągającym jakimkolwiek standardom dziennikarskim, czy jednak wejść, by przynajmniej wiedzieć, co się dzieje? Chociaż, co się dzieje, widać i słychać codziennie. Propagandowy bezwstyd programów informacyjnych i publicystycznych bije po uszach i oczach. Właściwie dopiero teraz należy docenić stanowisko premiera Tuska, który w przekonaniu, że media publiczne są i będą li tylko partyjnym łupem, nie chciał dawać na ich utrzymywanie większych pieniędzy i wzywał nawet do niepłacenia abonamentu. Dziś takie wezwanie miałoby pełne uzasadnienie. Niech PiS utrzymuje swoje media z własnych pieniędzy. Niech utrzymuje posady dla Kurskiego i Czabańskiego oraz praktykantów z Telewizji Trwam czy też faworytów wicepremiera Glińskiego, który z wielką szczerością wyznawał przecież, że czas, aby „swoi” się dorabiali. I będą się dorabiali, bo zadania propagandowe coraz większe.

Jeszcze tydzień temu prezes Kaczyński opozycję nazywał rebeliantami, teraz uznał, że stoi ona za terrorystami. Z terrorystami i ich protektorami trzeba się oczywiście rozprawić i przyzwolenia, a nawet zachęty, będą. Prokuratura Zbigniewa Ziobry na przykład już umarza śledztwa w sprawach mających wyraźne znamiona mowy nienawiści. Nawet kibolską zapowiedź stawiania szubienic uznano za dopuszczalną krytykę. Prokuratura uznała też, że „wyrażanie poglądów politycznych objęte jest konstytucyjnym prawem wolności słowa”. Najwyraźniej szubienica stała się „poglądem politycznym”.

Na propagandowym froncie trzeba się też bić też o smoleńskie pomniki. Prezes wcielił się ostatnio w rolę stołecznego konserwatora zabytków i wyznaczył już dokładne miejsca ich budowy przy Krakowskim Przedmieściu, a jak wiadomo, prezes nie cofa się ani o krok. W kwestii katastrofy pod Smoleńskiem PiS generalnie nie ustępuje. Dzięki ministrowi obrony narodowej apele poległych muszą uwzględniać smoleńskich „poległych”. Bez nich nie ma wojskowej asysty na uroczystościach rocznicowych. Smoleńskie ofiary, podobnie jak żołnierze wyklęci, mają zastąpić wszystkich. W najbliższym czasie zastąpią ofiary wydarzeń czerwcowych w Poznaniu w 1956 r. Po co Armia Krajowa, Państwo Podziemne, po co poznański Czerwiec czy gdański Sierpień? Za dużo niechcianych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]