POLITYKA

Czwartek, 18 września 2014

Polityka - nr 18 (2450) z dnia 2004-05-01; s. 28-30

Kraj / Nowe życie esbeków

Martyna Bunda

Drugi obieg

Dawni pracownicy służb bezpieczeństwa starymi metodami odzyskują nowe długi. A młodzi uczą się od starych. Zgłębiają ich know how z przeszłości: akcje nękające, werbunek, podsłuch, szantaż. Jedną z takich firm założył osobisty esbek Jana Rokity.

Z pracy w służbach bezpieczeństwa został im zwyczaj, że wszędzie chodzą parami. Niektórym zostały też przesądy. – Na przykład, że w dniu, który się zaczyna od wylanej kawy i zepsutego kranu, już się nie pracuje. Bo dzień jest pechowy – mówi Mariusz Maksuris, mały, trochę nerwowy człowiek, kiedyś podoficer wydziału III krakowskiej SB do spraw opozycji i tzw. opiekun Jana Rokity, Bartka Sienkiewicza, dziennikarza Wojciecha Matejczyka, dziś windykator. – Albo że auto, którym kogoś zabito, nawet przypadkiem, już nigdy nie pojedzie na akcję. Przesądy są potrzebne, bo w życiu muszą być jakieś zasady.

W służbowym życiu Maksurisa raz się stoi przez trzydzieści godzin za śmietnikiem, zupełnie jak za czasów nękania Jana Rokity, to znów przez kilka tygodni śledzi się człowieka śpiąc, jedząc, żyjąc w aucie. Albo też przesiaduje w restauracjach lub burdelach, bo właśnie trwa tak zwane zaprzyjaźnianie się z kimś, kogo firmę właśnie się przejmuje. Maksuris nawet nie próbuje się z tego tłumaczyć żonie (już trzeciej; dwa rozwody, z których pierwszy jeszcze przed 1989 r., a drugi w latach 90.; to też jest, mówi, jakiś plon stylu pracy).

Jan Rokita napisał o nim w „Alfabecie”: „Psychopatyczny ubek (...). Odznaczał się pasją daleko ponad oczekiwania zwierzchników. Potrafił na przykład walić w drzwi mojego mieszkania, a kiedy matka go nie wpuszczała, czekał skulony za śmietnikiem długie godziny, żeby triumfująco powitać mnie na podwórku z okrzykiem: jest pan aresztowany”. Rokita oskarża, że swoim nachodzeniem, przeszukaniami, łomotaniem w drzwi w środku nocy esbek Maksuris przyczynił się do śmierci jego matki.

Maksuris tłumaczy się tak: – Byłem konsekwentny i przez to skuteczny. I niestety, po weryfikacji pozbyli się ze służb właśnie tych najlepszych. Z matką Rokity to nieprawda, nie bywałem u niego w domu. Cała reszta, owszem, prawda, mam do tego talent.

Zasady zostały
Z akt Instytutu Pamięci Narodowej, sygn. 0236/263 tom I: „Wydział IV, działania nękające wobec aktorów. W okresie od 1 do 7 maja rozesłano do dyrektorów teatrów, znanych aktorów oraz rozkolportowano w teatrach 100 druków kompromitujących ob. A. Hanuszkiewicza jako reżysera i obywatela. Akcja będzie kontynuowana”.

Większość byłych esbeków trafiła do windykacji po weryfikacji, która w 1990 r. objęła pracowników służb bezpieczeństwa. Z 25 tys. funkcjonariuszy na bruk wyleciało 3595 (w przeprowadzonej równolegle w policji weryfikacji nie przeszło ich 3028). Co najmniej kilkuset w każdym dużym mieście znalazło zatrudnienie w nowo powstałych, zakładanych nie tylko przez kolegów z branży, firmach detektywistycznych, tak zwanych konsultingowych i windykacyjnych (w tych do dziś nie potrzeba koncesji). Byli cenni, bo zostały im kontakty z milicji i bezpieki. Do dziś z nich zresztą korzystają; płacą byłym kumplom średnio 300–500 zł za informację i od 1200 zł za obszerniejszy raport o człowieku, jego zwyczajach, słabościach i wrogach.

– Zanim zwindykujesz komuś samochód, musisz go najpierw znaleźć, proste – mówi niepozorny pan z brzuszkiem i w marynarce w kratkę, były pracownik warszawskiej firmy, która w 1990 r. zatrudniła 50 osób zwolnionych ze służb i z milicji do obsługi długów dla jednego z banków. – Szybko się jednak okazało, że część byłych esbeków nadawała się tylko do kwiecistego pisania sprawozdań. Połowę trzeba było po roku, dwóch, wyrzucić.

– Do branży dołączyli też ludzie, którzy odeszli na emerytury ze zreformowanej policji – mówi Jan Dryl, dyrektor firmy windykacyjnej Dryl, wcześniej oficer wydziału kryminalnego MO (i policji, ale bardzo krótko).

W tym samym czasie modne były kursy windykacji; po 50 osób, co tydzień nowa grupa. Programy pisali psychologowie na podstawie zachodnich podręczników, w których zresztą nie było nic ponad to, co oni sami od lat wiedzieli: mowa ciała, erystyka, negocjacje, matryce Junga z zaznaczonymi czterema typami ludzkimi.

Ale byli esbecy nie uznali takiej wiedzy za potrzebną. – U nas zasady pracy zostały te same. Werbunek, podsłuch, szantaż – mówi Maksuris.

– Na początek trzeba tylko znaleźć u dłużnika słabą stronę – dodaje Dryl. – A słabości są banalne: ambicje, skąpstwo, relacje, nazwijmy, damsko-męskie.

Według Magdaleny Robak, psycholog zajmującej się szkoleniem windykatorów, tak oto w Polsce powstało specyficzne, nieobecne w innych krajach, nawet tych postkomunistycznych, zjawisko: – Oprócz cywilizowanej windykacji miękkiej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]