POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 10-11

Temat tygodnia

Łukasz Wójcik

Dryf kontynentalny

Wstępne słowa i czyny nowo zaprzysiężonego Donalda Trumpa to potwierdzają: po raz pierwszy od stu lat prezydent USA widzi w Europie rywala, a nie sojusznika.

Ameryka nie miała wcześniej prezydenta, który tak bardzo jak Barack Obama chciał zrobić z niej drugą Europę. „Czterdziesty czwarty” widział w Unii Europejskiej najważniejszego partnera Ameryki. Nie obawiał się federalnej Europy, wręcz ją wspierał. Był otwartym zwolennikiem pozostania Wielkiej Brytanii w Unii, osobiście wsparł proeuropejskiego premiera Włoch przed grudniowym referendum i priorytetowo traktował Transatlantyckie Porozumienie o Wolnym Handlu (TTIP). Efekty były, jak wiadomo, odwrotne do zamierzonych. Przy okazji Obama stał się wygodnym wrogiem dla antyeuropejskich ruchów na Starym Kontynencie i jako „naczelny kosmopolita świata” przysporzył im wielu głosów.

45. prezydent USA Donald Trump ma o Europie zupełnie inne zdanie. Symboliczny jest tu wybór nowego ambasadora Ameryki przy Unii Europejskiej. Niemal na pewno zostanie nim Ted Malloch – to tak jakby Polska, nie przymierzając, wysłała do Brukseli Tomasza Terlikowskiego. Malloch, potomek prezydenta Theodore’a Roosevelta, jest głęboko wierzącym chrześcijaninem, który nie ukrywa obrzydzenia europejskim projektem. Uważa zresztą, że cały bezbożny kontynent zmierza ku upadkowi, w odróżnieniu od Ameryki.

Trump też nie przepada za Europą, ale z nieco innych pobudek. Podczas kampanii wskazywał na Chiny jako głównego przeciwnika Ameryki, ale z ostatnich wypowiedzi wynika, że to Unia Europejska będzie dla niego w tej roli poręczniejsza. Jest od Chin silniejsza gospodarczo, stanowi większą konkurencję dla amerykańskiego handlu, wciąż jest też oazą „zgniłego liberalizmu” i poprawności politycznej. Zachodnia wspólnota wartości, którą tak podkreślał Obama, jest dla Trumpa bez znaczenia.

Dla niego liczy się biznes, a ten łatwiej się prowadzi ze słabszymi kontrahentami. Jeśliby przyjąć na poważnie pierwsze słowa i decyzje nowego prezydenta USA, to będzie on chciał osłabić Europę, stosując metody zaczerpnięte wprost od Władimira Putina, który usilnie udaje, że coś takiego jak Unia Europejska nie istnieje, i próbuje się dogadywać z każdym państwem osobno.

Pierwsza w kolejce jest Wielka Brytania. Wielu zwolenników Brexitu uważa, że wygrana Trumpa tylko potwierdza, że mieli rację. Przekonują: świat się zmienia i Wielka Brytania, wyzwalając się z Unii, jest dziś pionierem nowego globalnego porządku opartego na zasadzie suwerenności, którego patronem będzie Trump. Szef brytyjskiego MSZ Boris Johnson po spotkaniu z prezydentem elektem 9 stycznia mówił, że „ma bardzo ekscytującą agendę zmiany” i że suwerenna Wielka Brytania będzie właśnie „pierwsza w kolejce” po bilateralną umowę handlową z Ameryką.

Brytyjscy konserwatyści w sprawie Trumpa przeszli przemianę. Sama premier Theresa May wcześniej mówiła o Trumpie jako o „niebezpiecznym nuworyszu”. Praktycznie wszystkie znane poglądy nowego prezydenta USA – w sprawie umowy nuklearnej z Iranem, zmian klimatycznych, przyszłości NATO, handlu międzynarodowego – są deklaratywnie sprzeczne z brytyjskimi. Ale odkąd Trump poparł Brexit i obiecał, że nie zostawi anglosaskich braci w potrzebie, Londyn wyraźnie zaostrzył ton w sprawie zasad wychodzenia z Unii, czego kulminacją było styczniowe oświadczenie May o rezygnacji z udziału w unijnym wspólnym rynku.

Kilka dni później Trump w wywiadzie dla londyńskiego „The Times” i niemieckiego „Bilda” wyraził nadzieję, że za Wielką Brytanią z Unii uciekną kolejne państwa, bo jest to „instrument niemieckiej dominacji”, za pomocą którego Berlin chce pokonać Amerykę w wojnie handlowej. Tak jak Putin próbuje więc dzielić Unię na przyjaciół i wrogów. Do tej drugiej roli pasują mu Niemcy, bo bez względu na to, czy uznamy, że Unia jest narzędziem w niemieckich rękach, czy też że Berlin stoi jako primus inter pares innego porządku opartego na wspólnocie wartości, wyciąganie kolejnych państw z Unii według Trumpa osłabia międzynarodową pozycję Berlina.

Trump, sądząc po jego retoryce, trafnie wyczuwa najsłabszy punkt niemieckiej pozycji w Europie – strach sąsiadów przed dominacją Berlina. Umiejętnie podkręca antyniemieckie sentymenty, określając się jako „germanofob” i przypominając o niemieckiej słabości do militaryzmu. Czy Trump rzeczywiście tak uważa? Można odpowiedzieć pytaniem na pytanie: a jakie to ma znaczenie? Ważne, że uderza w najsilniejszego członka Unii, jednocześnie rozbijając jej jedność.

Berlin ciężko przeżywa to odrzucenie. Dirk Kurbjuweit napisał ostatnio w „Der Spiegel”, że Niemcy są przecież dzieckiem Zachodu, a w szczególności Ameryki. „Powołane do życia dzięki amerykańskiej szczodrości, długo karmione łyżeczką, teraz są w stanie szoku”. Kurbjuweit przekonuje, że „każdy amerykański prezydent był poniekąd też naszym [niemieckim] prezydentem”. Trump, mimo że miał dziadka z Bawarii, najwyraźniej nie zamierza kontynuować tej specjalnej relacji. „Na starcie Angela Merkel ma u mnie taki sam kredyt zaufania jak Władimir Putin” – mówił we wspomnianym wywiadzie.

Przy tym wszystkim Merkel zachowuje stoicki spokój. Zapytana o wypowiedzi Trumpa dla „Timesa” i „Bilda”, odpowiedziała, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]