POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 10-12

Temat tygodnia

Ewa Siedlecka

Duda chce wejść

Czym jest prezydencka propozycja referendum w sprawie konstytucji? Solową akcją Andrzeja Dudy usiłującego uwolnić się od kabaretowego wizerunku „Adriana”? Balonem próbnym wysłanym przez prezesa PiS? Sposobem na wygranie przez PiS wyborów samorządowych? Próbą zmiany konstytucji? Może wszystkim naraz?

Pewne jest jedno: PiS nic nie ryzykuje. Bo jakikolwiek byłby wynik referendum – może posłużyć jego interesom. Inicjatywa prezydenta Dudy ogłoszona 3 maja, w święto konstytucji, spowodowała zamieszanie w samym PiS – politycy to odcinali się od niej, to znów twierdzili, że jest to inicjatywa partyjna. A szef wszystkich szefów, Jarosław Kaczyński, milczał.

Zmiana konstytucji była dla PiS strategicznym celem od początku powstania tej partii. I wcześniej, gdy działała jako Porozumienie Centrum. Konstytucja z 1997 r., oparta na wartościach zachodniej cywilizacji: wolności, godności, równości i demokracji – z trójpodziałem władzy i rządami prawa – zawsze uwierała prawicę marzącą o Katolickim Państwie Narodu Polskiego. Dlatego jest możliwe, że w PiS dawno referendum rozważano, a prezydent Duda wyskoczył przed szereg, ogłaszając je jako własną inicjatywę. Dzięki temu uzyskałby wpływ na pytania referendalne, by szukać poparcia dla zwiększenia swojej władzy lub ocalić dzisiejsze prezydenckie kompetencje. Bo w obecnej sytuacji politycznej PiS wolałby tzw. system kanclerski niż prezydencki.

Teraz Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się wszechwładza premiera. Niekoniecznie dla siebie. Łatwiej jest sterować jednym ośrodkiem władzy wykonawczej niż dwoma. Powyborcze spekulacje, że władza podzieli się na: „Duży Pałac”, „Mały Pałac” i „Nowogrodzką”, okazały się chybione. Władza jest jedna, i ma ją prezes. Zmiana konstytucji mogłaby ten stan rzeczy zalegalizować.

Referendum może być ogłoszone na wniosek Sejmu, Senatu, Rady Ministrów i co najmniej pół miliona obywateli. Lub na wniosek prezydenta właśnie, ale za zgodą Senatu. Więc prezydent Duda i tak byłby w formułowaniu pytań uzależniony od senatorów. A ci od Jarosława Kaczyńskiego. Tak czy inaczej, inicjatywa Andrzeja Dudy jest pod pełną kontrolą prezesa.

Sam prezydent Duda ma na sumieniu przynajmniej kilka grzechów wobec obecnej konstytucji. Urzędowanie zaczął od jej złamania, odmawiając przyjęcia ślubowania od wybranych przez poprzedni Sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Potem przywłaszczył sobie kompetencje sądu i uniemożliwił prawomocne osądzenie Mariusza Kamińskiego za prowokację przeciwko Andrzejowi Lepperowi (tzw. afera gruntowa). Prezydent ułaskawił go, zanim został prawomocnie uznany za winnego. Podpisywał wszystkie ustawy „naprawcze” o Trybunale Konstytucyjnym mimo zgodnych i bardzo krytycznych opinii środowisk prawniczych, także Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej. Nie posyłał do Trybunału przed podpisaniem np. ustawy o prokuraturze, inwigilacyjnej, antyterrorystycznej, o służbie cywilnej, o mediach publicznych, o ziemi – i szeregu innych, co do których nawet podległe PiS służby prawne Sejmu i Senatu wyrażały wątpliwości konstytucyjne.

Wybrał i mianował prezesem TK Julię Przyłębską, mimo że złamano procedurę (ustanowioną przez PiS) podczas wyłaniania jej kandydatury. Więc troska prezydenta Dudy o jakość polskiej konstytucji wydaje się podejrzana. Choć z drugiej strony – zrozumiała. Może powiedzieć, że łamie dzisiejszą konstytucję, bo jej nie akceptuje. Dlatego chce nowej, którą „mógłby” szanować. A ponadto ustawienie się na czele projektu tworzenia nowej ustawy zasadniczej ma – w opinii prezydenta i zapewne jego otoczenia – dodawać mu znaczenia i politycznej wagi, na których nadmiar Andrzej Duda (w „Uchu prezesa” od miesięcy usiłujący wejść do gabinetu szefa, czyli do prawdziwej polityki) nie może narzekać.

PiS przygotował dotąd dwa projekty nowej konstytucji: w 2005 i 2009 r. Obie zmierzają do zmiany ustroju. Przede wszystkim do zagwarantowania supremacji władzy wykonawczej nad ustawodawczą i sądowniczą. I do zadekretowania nauki społecznej Kościoła katolickiego. Ale partia Kaczyńskiego nie zdobyła nigdy w parlamencie większości koniecznej do zmiany konstytucji.

Co PiS może osiągnąć przez referendum, w którym zada pytania o kształt przyszłej konstytucji? Nie ma większych szans, by referendum było ważne, tzn. by frekwencja osiągnęła 50 proc. uprawnionych do głosowania. To udało się w historii III RP tylko raz: w referendum o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej (ponad 77 proc. głosów „za”). Tylko referendum z frekwencją minimum 50 proc. jest „wiążące” dla parlamentu (co to znaczy w praktyce – poniżej).

Można podbić frekwencję pytaniami. Środowiska kościelne i radiomaryjne zmobilizować pytaniami o „ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci”, zakaz związków nieheteroseksualnych czy status religii państwowej dla Kościoła rzymskokatolickiego. Można też dopisać kwestie socjalne, np. wiek emerytalny, płacę minimalną czy „500 plus”. Frekwencję mogą też podbić przeciwnicy zmiany konstytucji. I referendum byłoby „wiążące”. Tyle że to nic nie znaczy, bo nie ma jak wyegzekwować od parlamentu, by uchwalił zmiany, które wynikają z odpowiedzi na referendalne pytania. Nie istnieją sankcje prawne wobec parlamentarzystów za ich nieuchwalenie.

Prezydent już zapowiada, że pytań referendalnych byłoby sporo. Mogą być sformułowane w sposób tak ogólnikowy, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]