POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Dusza Mariusza Młota

Jest jasne, że rząd polski, bez względu na ewentualne sankcje, żadnych uchodźców w systemie unijnej relokacji nie przyjmie. Zresztą, uchodźcy i migranci z obozów i tymczasowych kwater w różnych krajach Europy Zachodniej są na ogół dość dobrze poinformowani o tym, gdzie warto, a gdzie nie warto się osiedlać, i do Polski raczej dobrowolnie nie przyjadą. Nawet gdyby organizacjom humanitarnym czy Kościołowi udało się ściągnąć jakąś grupę, choćby na leczenie, będą tu narażeni na akty agresji. Jeśli wpisy internetowe są jakimś odzwierciedleniem społecznych nastrojów, nad Polską wisi atmosfera pogromu. Dziś trzeba się martwić przede wszystkim nie o nieobecnych uchodźców, ale o tych nielicznych, zwłaszcza fizycznie rozpoznawalnych „obcych”, którzy już na terenie Rzeczpospolitej są. Nie wiem, czy żyjący tu cudzoziemcy, szczególnie muzułmanie, są świadomi, że w Polsce nie jest już tak samo jak przed rokiem czy dwoma, że władze tego kraju i ich aparat propagandy „czystość etniczną” podniosły do rangi ideologii państwowej.

Partia rządząca nawet nie ukrywa, że wokół hasła obrony Polski i Polaków przed uchodźcami zamierza budować swoją kampanię polityczną przez najbliższe dwa lata; z prawdopodobną kulminacją w referendum połączonym z wyborami do parlamentu. To może być dobra strategia, zważywszy na łatwość wzbudzania, nie tylko w Polsce, nastrojów ksenofobicznych i zlepiania ich z patriotyzmem. Ale ma też spore koszty polityczne, ekonomiczne, etyczne, wizerunkowe, którymi partia będzie się z nami dzielić. Dla PiS pewnie najmniej uciążliwe są koszty etyczne; i nie chodzi już nawet o demonstracyjny brak empatii czy solidarności, ale o uzależnienie sukcesu tej strategii od powodzenia kolejnych zamachów terrorystycznych na Zachodzie. Tylko w ten sposób można bowiem podtrzymywać, uwiarygodniać i importować strach. (Niemcy wymyślili określenie na swoistą satysfakcję czerpaną z cudzego nieszczęścia, które nas ominęło – Schadenfreude). Tu pewnym kłopotem może być coraz bardziej otwarty konflikt owego Schadenfreude z przekazem Kościoła, nie tylko Watykanu, ale i ważnej części hierarchii w Polsce. Z kazań kard. Kazimierza Nycza czy prymasa Wojciecha Polaka z okazji Bożego Ciała wynikało, że Kościół ma coraz większy moralny problem z akceptacją instrumentalnego traktowania uchodźców przez władze PiS.

Ale PiS nie może się ugiąć: przyjazd do Polski choćby kilkudziesięciu ofiar wojny, a zwłaszcza matek z dziećmi, gdyby udało się otworzyć tzw. korytarze humanitarne, mógłby znacznie odmienić społeczne nastroje. Taktyka „zero uchodźców na polskim terytorium” jest więc warunkiem skuteczności straszenia hordami islamistów. Słowo „hordy” jest tu zresztą ważne, bo konotuje bezosobową masę prymitywnych, agresywnych podludzi, czyli idealnego symbolicznego wroga. Mariusz Błaszczak tak się ostatnio w szerzeniu imigranckiej grozy zapędził, że skojarzyła mu się (ze sobą?) postać Karola Młota, który w VIII w. obronił chrześcijaństwo właśnie „przed islamskimi hordami” (Mariusz Młot?). Tu z kolei pewnym kłopotem dla PiS byłoby, całkiem prawdopodobne, wycofanie się Unii z nieskutecznego mechanizmu automatycznej relokacji migrantów oraz systemu sankcji. Dla rządu jest najlepiej, jeśli Komisja Europejska sprawia wrażenie, że chce nam narzucić kwoty imigracyjne, bo wtedy strach przed islamskim terrorem można miksować z retoryką obrony suwerenności i narodowego interesu (komentarz s. 10). A kłopot w tym, że strach trzeba dowieźć aż do wyborów 2019 r.

Wreszcie, są i pułapki samej retoryki. Doświadczyła tego po raz kolejny Beata Szydło, która po wykpiwanym sejmowym wystąpieniu „Europo, wstań z kolan!” teraz zrobiła globalną medialną karierę przemówieniem w Oświęcimiu. Zdanie „Auschwitz w dzisiejszych niespokojnych czasach to wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”, przejdzie do kronik pisowskiej epoki. Stosując zwykłą, typową np. dla prostych maturalnych zadań analizę kontekstową, trudno mieć wątpliwość co do istoty tego przekazu: ponieważ według PiS bezpieczeństwu własnych obywateli zagrażają głównie terroryści wywodzący się spośród obcych kulturowo migrantów, więc to „uchodźcy” byliby równoważnikami hitlerowców. Wariant interpretacyjny, że imigrantów, jak Żydów, trzeba by zamykać w obozach, żeby „nie zagrażali i nie zarażali”, wydaje się dla Pani Premier jeszcze bardziej kompromitujący. Tak czy owak – moralny horror. Słowa – nawet jeśli nie taka była ich intencja – znaczą i PiS może boleśnie odczuć etyczną i estetyczną izolację również wśród europejskiej prawicy, która nie chce być posądzana o neofaszyzm. A to bardzo ograniczy rządowi, i tak nie za duże, pole manewru w polityce unijnej.

Tylko Prezes mógłby nakazać powściągnięcie języków ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]