POLITYKA

Poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Polityka - nr 42 (2526) z dnia 2005-10-22; s. 96-98

Społeczeństwo / Obyczaje / Radny gangsterem

Piotr PytlakowskiEwa Kornecka

Dwie nogi Kulawego

Dwa lata temu zaginęło dwóch szczecińskich biznesmenów. Najpierw szukano ich żywych, teraz martwych. Ślady zawiodły policję do Kisielic. W małym miasteczku miał swoją centralę jeden z groźniejszych gangów w Polsce. Szef grupy, Kulawy, był powszechnie szanowanym obywatelem, radnym, członkiem zarządu gminy.

30 maja 2003 r. Lucyna Biej była zabiegana – wyceniała nowe kolekcje w sklepie z odzieżą, potem doglądała interesu w salonie sukien ślubnych. Nie mogła liczyć na pomoc męża Stanisława, bo zapowiedział, że razem z Jerzym O. wyjeżdża do Piły w interesach i wróci wieczorem. Zadzwonił do niej z drogi ok. godz. 14, ale nie odebrała telefonu. Oddzwoniła tuż przed 18. Rozmawiali krótko.

Henia, żona Jerzego O., właściciela firmy transportowej (rodzina ze względów bezpieczeństwa obawia się ujawnienia nazwiska), telefon od męża odebrała kwadrans po szóstej: Nie jesteśmy w Pile, tylko w Kisielicach na Mazurach u Jana. Coś idzie nie tak.

Po kilku dniach kobiety dowiedziały się, że owym Janem z Kisielic jest Jan R. Był winien ich mężom 50 tys. euro za jakiś interes przeprowadzony w Szczecinie. Zdobyły telefon i adres i tego samego dnia wyruszyły na Mazury w poszukiwaniu mężów. Drugim autem inną trasą pojechali synowie Stanisława Bieja i syn Jerzego O. W każdym mieście sprawdzali szpitale, dowiadywali się, czy nie widziano tam granatowego Audi, którym podróżowali obaj zaginieni. W środku nocy kobiety dotarły do Kisielic. Wykręciły numer Jana R. – Czekajcie do dziesiątej, bo jestem po imprezie rodzinnej – usłyszały w słuchawce zaspany głos.

Synowie dojechali tymczasem do komisariatu w Iławie. Policjanci szybko skojarzyli – Jan R., znany też jako Kulawy, chociaż od lat sparaliżowany od pasa w dół i poruszający się wyłącznie na wózku inwalidzkim, ma opinię człowieka od lewych interesów.

Henia i Lucyna nie wytrzymały do dziesiątej. U Jana R. zjawiły się godzinę wcześniej. My nie śpimy, to pan też nie będzie spał – oświadczyły. Jan R. nie patrzył im w oczy. Opowiadał w kółko o chorej matce i swoich obolałych nerkach. Zaprzeczał, że biznesmeni ze Szczecina byli u niego. Ale one nie dały się zwieść. Powiedziały, że Jerzy telefonował do żony właśnie z Kisielic. Idźcie na policję. Ja wam pomóc nie mogę – rozkładał ręce Kulawy.

Dochodziła dziesiąta. To właśnie o tej porze kobiety miały się zjawić u Kulawego. Przed domem ustawiały się jakieś samochody, schodzili się groźnie wyglądający mężczyźni. Żona Kulawego spuściła ze smyczy dwa potężne psy. Kobiety przedarły się przez szpaler rosłych mężczyzn. Dobiegły do zaparkowanego nieco dalej auta. Uciekały w popłochu.

Po wielu miesiącach usłyszały od olsztyńskiego policjanta: Nawet nie wiecie, że groziło wam śmiertelne niebezpieczeństwo.

Dawał ludziom zarobić

Kisielice, zadbane miasteczko (2,2 tys. mieszkańców) między Iławą a Grudziądzem. Rodzina R. jest tu dobrze znana. Sekretarz urzędu miasta i gminy Maria Pokorska o Janie R. mówi familiarnie: Jasiu. Przewodniczący rady gminy Janusz Więcek (nauczyciel WF w miejscowej szkole) grywał z Jasiem w brydża w nocnym klubie Imperium – najbardziej eleganckim lokalu w miasteczku. – Jak grał? – zastanawia się. – Rozgrywał sprytnie, ale licytował zapalczywie.

Zapalczywy, nieopanowany, łatwo wpadający w furię – tak charakteryzuje Jana R. sąsiad z Kisielic. – Za to żona niesłychanie skromna, taka mróweczka od rana krzątająca się przy mężu – ocenia pracownica urzędu gminy, koleżanka Elżbiety R. Mieszkaniec Kisielic Krzysztof P. (– Aktualnie jestem bezrobotny) złego słowa o Jasiu nie powie: – Dawał ludziom zarobić w tartaku. Według lokalnej prasy Kisielice miały być zastraszone przez bandę Kulawego. – Strach przed Jasiem? To jakaś bzdura – zaprzecza Maria Pokorska.

W 1998 r. Jan R. wystartował w wyborach samorządowych i w cuglach wygrał w swoim obwodzie. Wszedł do zarządu gminy. Jednym z punktów jego programu wyborczego była deklaracja, że swoje diety radnego będzie przekazywał biednym. – I co miesiąc oddawał potrzebującym wskazanym przez Ośrodek Pomocy Społecznej – mówi Pokorska. Sam oficjalnie utrzymywał się z renty inwalidzkiej, ale towarzyszył mu zapach grubej forsy. Skupował grunty. Według pobieżnych szacunków posiadał ok. 300 ha w różnych punktach. Do niego należał dom w Kwidzynie i elewator zbożowy pod Elblągiem. W Kisielicach wykupił majątek po upadłej Spółdzielni Kółek Rolniczych przy ulicy Nadjeziornej. Miał tam mały tartak i domową masarnię. Swoją siedzibę oddzielił od ulicy wysokim murem z żółtych klinkierowych cegieł.

Według prowadzących śledztwo Jan R. miał dwie twarze. Jedną mroczną, którą znali tylko ci, którzy bywali za żółtym murem. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]