POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 7

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Ludwik Dorn

Ludwik Dorn

Dymy z pisowskiego silnika

Wypadek premier Beaty Szydło sprawił, że doszło do większego wysypu ekspertów od ochrony niż borowików w grzybną jesień. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ustawodawcze wzmożenie w kierownictwie MSWiA, do którego przy okazji doszło.

Oto bowiem na pierwszej konferencji kierownictwa MSWiA po wypadku wiceminister Jarosław Zieliński oznajmił, że w ciągu miesiąca zostaną zakończone prace nad ustawą o nowej służbie ochrony vipów, której założenia są następujące: Biuro Ochrony Rządu zostanie rozwiązane i powstanie Narodowa Służba Ochrony; szef tej służby będzie centralnym organem administracji rządowej, a nowa narodowa służba będzie miała uprawnienia operacyjno-rozpoznawcze (inwigilacja, kontrola korespondencji, prowadzenie tajnych operacji pod przykryciem itp.).

Zacznijmy od tego, że przedstawione uzasadnienie tak istotnej zmiany było uwikłane w wewnętrzną sprzeczność. Kierownictwo MSWiA twierdziło, że podczas wypadku funkcjonariusze BOR reagowali prawidłowo i zgodnie z procedurami. Jeśli tak, to jaka jest racja, by BOR z mocy ustawy rozwiązywać i powoływać nową służbę? Na zdrowy rozum chyba taka, że obecnie BOR chroni vipów znakomicie, ale nowa służba będzie ich chroniła jeszcze lepiej. No to zajmijmy się tym lepiej.

Po pierwsze: szef nowej służby jako centralny organ administracji rządowej. O ile wiadomo, jakie decyzje administracyjne podejmują jako centralne organy komendanci służb podległych ministrowi spraw wewnętrznych czy szef ABW (m.in. pozwolenia na broń, decyzje wobec cudzoziemców, decyzje z zakresu ochrony przeciwpożarowej, dopuszczenie do informacji niejawnych), to konia z rzędem temu, kto wskaże decyzje administracyjne, jakie miałby podejmować szef Narodowej Służby Ochrony (czy BOR). No, ale organ to brzmi dumnie.

Po drugie: uprawnienia operacyjno-rozpoznawcze. W obszarze euroatlantyckim jest tylko jedna służba ochronna, która ma własne uprawnienia operacyjno-rozpoznawcze. To amerykańska Secret Service. Tyle że ma je ona nie dlatego, że chroni prezydenta USA, ale dlatego, że gdy stworzono ją w 1865 r., jej głównym zadaniem była walka z fałszowaniem pieniędzy (po wojnie secesyjnej jedna trzecia pieniędzy w obiegu była sfałszowana). Zadanie ochrony prezydenta dorzucono Secret Service w 1901 r. po skutecznym zamachu na prezydenta McKinleya, przede wszystkim dlatego, że nie było wtedy innej służby federalnej, którą można by tym obarczyć. No i tak już zostało, a Secret Service w zakresie ochrony korzysta głównie z danych operacyjno-rozpoznawczych dostarczanych przez FBI. Natomiast w Europie ochroną vipów zajmują się wyspecjalizowane komórki organizacyjne policji, które same pracy operacyjno-rozpoznawczej nie prowadzą, ale korzystają z tego, co dostarczy im ich macierzysta służba oraz służby specjalne. I to działa.

Skoro zatem na zdrowy rozum rozwiązania BOR i powołania nowej służby uzasadnić się nie da, to trzeba się zapuścić w meandry rozumu pisowskiego. Po pierwsze, chodzi o to, aby nowa służba była narodowa, bo Narodu PiS odczuwa niedostatek, a jak w dziedzinie nazewnictwa Narodu przybiera, to PiS czuje się lepiej. Ale to są tylko satysfakcje moralno-symboliczne. Wprawdzie nie samym chlebem człowiek żyje, ale bez chleba nie wyżyje. Jak się z mocy ustawy rozwiąże BOR i powoła nową służbę, to do nowej służby będzie nabór. A jak będzie nabór, to znajdzie się kilkaset etatów dla pisiewiczów i ich protegowanych.

Służba ochrony w Polsce może zostać całkowicie rozłożona na co najmniej parę dobrych lat, chyba że podejmą interwencję osoby ochraniane, które mają w tym oczywisty interes – czyli pan prezydent i pani premier. Jak coś pójdzie nie tak, to ministrowie Zieliński i Błaszczak będą mielili, ale na Andrzeju Dudzie i Beacie Szydło się skrupi.

W minionym tygodniu mieliśmy też do czynienia ze wzmożoną fermentacją kadrową w szeroko pojętym obozie władzy. Rzecz dotyczy prezesur. A to wiceprezes IPN prof. Krzysztof Szwagrzyk podał się z hukiem do (zawieszonej po dwóch dniach) dymisji, bo nie mógł się z kimś wewnątrz Instytutu dogadać; a to do dymisji podała się prezes Polskiego Radia Barbara Stanisławczyk zaledwie dzień po tym, jak ponownie wybrano ją na to stanowisko. Pan Piotr Skwieciński, jeden z inteligentniejszych publicystów obsługujących obóz władzy, wyraźnie się zaniepokoił, gdyż – jak twierdzi – jeszcze pół roku temu, gdy PiS mościł się w gnieździe władzy, tego rodzaju incydenty były nie do pomyślenia. Ale teraz się umościł, jego „poczucie misji” nie jest już tak intensywne i „po raz pierwszy w silniku tej machiny zaczęło zgrzytać”.

Furda tam drobne zgrzyty, ale z silnika dobywają się dymy i smrody, które mogą wskazywać na ryzyko poważnego zatarcia. Rzecz dotyczy zawieszonego statusu współpracownika ministra Macierewicza, pana Bartłomieja Misiewicza, który „jest, a jakoby go nie było” i to pomimo tego, że sam prezes Kaczyński dwa razy (po raz pierwszy w październiku ubiegłego roku, a drugi – ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]