Czwartek, 17 maja 2012
Po trzęsieniu ziemi największym problemem jest stawienie czoła skutkom katastrofy, ponieważ zawsze brakuje wody, elektryczności i lekarstw. Drugim najpoważniejszym problemem jest umiejętność skorzystania z międzynarodowej pomocy.
Zaraz po trzęsieniu ziemi znana jest tylko jedna liczba – siła wstrząsów w skali Richtera. Wszystkie inne, a zwłaszcza liczba ofiar, podlegają szacunkom. Jeśli w irańskim Bamie zanotowano 6,8 stopnia, to znaczy, że zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób, co czwarty mieszkaniec prehistorycznego miasta.
Do trzęsienia ziemi doszło w pobliżu strefy operacji wojennych w Iraku. Huk towarzyszący wstrząsom, panika wśród zwierząt, które na sekundę wcześniej dają znać o nadciągającej katastrofie, osobliwy stan niepokoju ludzi, którzy ratując własne życie kierują się wtedy instynktem samozachowawczym, rozpadające się w mgnieniu oka domy – wszystko to sprawia wrażenie, jakby gdzieś w pobliżu wybuchła wielka głowica rakiety.
Takie wrażenie mają przede wszystkim ci, którzy znaleźli się pod gruzami i nie mogąc się ruszyć czekają na pomoc, noc, dwie, trzy. I myślą. Zresztą w stałej i ciągłej ciemności noc jest tylko jedna, ciągle ta sama. Sprawne ekipy ratunkowe ze świata, które mogłyby ten czas skrócić, czekają na zezwolenie na wjazd, ustalają w biurokratycznej mitrędze trasy przelotów, a nawet szczepią psy, a przez ten czas ludzie pod gruzami umierają ze strachu, wyczerpania i braku wody.
Dobrze, jeśli zostali przywaleni przez konstrukcje, które tworzą komory pozwalające oddychać. W Bamie budynki z suszonej gliny rozpadły się i zamieniły w pył, który przykrył ludzi i udusił. Spod tego pyłu wydobywa się przede wszystkim zwłoki. Żywych uratowano niewielu, w tym niemowlę wyjęte po 72 godzinach z rąk zimnej, zastygłej matki.
W Iranie są dwa Bamy. Jeden w kącie północno-wschodnim kraju, w pobliżu Meschedu. I drugi, na południu, przy granicy z Pakistanem. To ten przestał istnieć. Jest tam lotnisko wojskowe. Na szczęście pasy startowe nie zostały całkiem zniszczone, więc polski samolot ratowników z Państwowej Straży Pożarnej mógł wylądować w pobliżu rejonu nieszczęścia.
W takich krajach jak Iran lądowanie obcego samolotu pozarejsowego w warunkach normalnych jest operacją wojskową o najwyższej skali trudności. Natomiast udane lądowanie po trzęsieniu ziemi graniczy z cudem. W Iranie działają dwie armie, dwie marynarki i dwa lotnictwa. Jedna armia (marynarka, lotnictwo) jest bardziej religijna, a druga bardziej profesjonalna. Jeśli jedna z tych formacji wypowie posłuszeństwo, druga robi z nią porządek. Aby wylądować na lotnisku wojskowym Bam tuż po trzęsieniu ziemi, trzeba wiedzieć, w czyich rękach się ono znajduje. Może być bowiem tak, że władze centralne w Teheranie wydają zezwolenie na wjazd, a władze lotniska decydują samodzielnie, kogo przyjąć. Na szczęście komendantura lotniska w Bam uznała, że ratownicy z Polski mogą lądować. Nie wszyscy mieli takie powodzenie. Wiele samolotów zawrócono do Teheranu, gdzie miały czekać na dalsze instrukcje. Jeszcze inne rozładowano z dala od miejsca katastrofy, co jest tyle samo warte, co brak rozładunku w ogóle.
Co najmniej od trzęsienia ziemi w Armenii (1988 r.) gotowe są w różnych krajach, w tym w Polsce, jednostki zdolne ruszać na pomoc dosłownie natychmiast. Ale to nie oznacza, że państwa dotknięte katastrofą gotowe są natychmiast taką pomoc przyjąć.
Pewnego piątku zatrzęsła się ziemia w Ahmedabadzie, stolicy indyjskiego Gudżaratu. Ponieważ był to akurat Republic Day, święto państwowe (26 stycznia), przeto trwające od tygodni przygotowania do defilady wojskowej musiały się zakończyć pointą w postaci pionowego korkociągu do góry, który wykonywany jest przez samolot Su 29 indyjskich sił powietrznych. Czekały na to miliony i takiego widowiska nigdy się nie odwołuje.
Po defiladzie odbyło się uroczyste przyjęcie w pałacu prezydenckim. Wymieniano tam informacje, że podczas trzęsienia ziemi w Gudżaracie zginęło prawdopodobnie 8 osób, podczas gdy ofiar było już ponad 20 tys. Po przyjęciu urzędnicy rozeszli się do domów. Próby dodzwonienia się do instytucji rządowych z propozycjami udzielenia pomocy spotykały się z reakcją: biuro zamknięte, telefonuj w poniedziałek. Tymczasem informacje radiowo-telewizyjne pełne były dramatycznych doniesień o sytuacji w Ahmedabadzie i Bhuj, gdzie groziła epidemia, gdzie nie było wody, elektryczności, lekarstw, brakowało wszystkiego. Sztab kryzysowy działa w takiej sytuacji na własną rękę, ale pozostałe instytucje demokratyczne czekają do poniedziałku.
Polski samolot z pomocą, po dopełnieniu wszelkich formalności, mógł wylądować w Ahmedabadzie dopiero w środę i był jednym z pierwszych, jakie się tam znalazły. Ile osób umarło przez ten czas, myśląc, że zapewne giną jako ofiary ataku nuklearnego Pakistanu?
Żeby polski samolot z pomocą mó...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Bam – jedno z najtragiczniejszych we współczesnej historii – pochłonęło co najmniej 40 tys. ofiar i zniszczyło 75 proc. budynków. Podczas akcji ratowniczej wydobyto i pochowano do tej pory ponad 25 tys. ciał ofiar. Żywność, wodę, lekarstwa, szpitale polowe, sprzęt, personel medyczny, a przede wszystkim ekipy ratownicze z psami, obok Polski, wysłały m.in.: Afryka Południowa, W. Brytania, Bułgaria, Chiny, Indie i Japonia. W Bam pracowało ponad 1700 zagranicznych ratowników z 50 krajów. Trwa pomoc międzynarodowych organizacji: Lekarzy bez Granic, UNICEF, UNHCR i Światowej Organizacji Zdrowia. Do Teheranu płyną też oferty pomocy finansowej: ONZ wyasygnowała środki na planowanie i koordynację działań, państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej zapowiedziały przekazanie 400 mln dol., a Unia Europejska rozdzieliła dla ofiar trzęsienia 2,3 mln euro ze swojego budżetu. Niebawem powinny również spłynąć pieniądze zebrane w wielu krajach – z Australii 1,5 mln dol., Czech – 800 tys. dol., Wenezueli – 2 mln dol., Węgier – 100 tys. dol. i Polski, gdzie indywidualni darczyńcy wpłacili na konto Caritasu 250 tys. dol.