POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 12 (12) z dnia 2016-12-14; Pomocnik Historyczny. Nr 6. Biografie. Franciszek Józef I; s. 62-63

Detale

 JZ  [opr.]

Dzień jak co dzień

Od świtu do nocy wszystko w Hofburgu czy Schönbrunnie przebiegało według skrupulatnie ustalonego planu. Odstępstwa od rutyny zdarzały się sporadycznie.

4.00 (zimą 5.00)

Pobudka. Tylko po większych uroczystościach dworskich Franciszek Józef pozwalał sobie na nieco więcej snu. Wysypiał się na prostym, żelaznym łóżku, stojącym do dziś w Schönbrunnie. Podobno zostało zamówione po przygodzie, jaka spotkała go podczas manewrów wojskowych na Węgrzech, kiedy to załamało się pod nim drewniane. Odtąd wolał spać na pewniejszej konstrukcji metalowej. Łóżko to wożono za nim, gdy wybierał się na kolejne inspekcje i manewry. Stało się symbolem jego skromnego życia prywatnego.

Poranna toaleta. Cesarzowej Elżbiecie, która wstawała trzy godziny później, dbanie o wygląd zabierało większość przedpołudnia, w przypadku jej męża trwało kilkanaście minut. W asyście łaźnego brał chłodną lub zimną kąpiel w kauczukowej wannie, którą codziennie rozstawiano w sypialni. Utensylia niezbędne do codziennej toalety – miski, dzbanki, przybory – stały na szafce obok jego łóżka. Przyboczny kamerdyner cesarza Eugeniusz Ketterl wspominał, że monarcha nie lubił zmian w swoim otoczeniu i „trzeba było nie lada podchodów”, żeby wymienić zniszczony stolik z przyborami mycia na nowy. W Schönbrunnie zainstalowano toaletę na wzór angielski dopiero w 1899 r.

Modlitwa. Już w ubraniu dziennym cesarz, wierzący katolik, odmawiał poranną modlitwę na klęczniku przy łóżku.

5.00

Śniadanie. Po skończonej modlitwie Franciszek Józef siadał do śniadania. Podawał je w gabinecie Ketterl, podobnie jak inne małe posiłki, które cesarz spożywał przy biurku. Kamerdyner oczekiwał na każde wezwanie w pokoju obok, do którego prowadziły wąskie drzwi na tyłach gabinetu.

Studiowanie raportów. Generałowie i ministrowie nie podzielali entuzjazmu władcy do porannej pracy, a ponieważ opieszali mogli stracić stanowiska, zawiązali rodzaj niewinnego spisku. Późnym wieczorem przygotowywali sążniste raporty, które zostawiano na cesarskim biurku. To zapewniało im godzinę snu więcej – cesarz pogrążony w porannej lekturze długich elaboratów nikogo do siebie nie wzywał.

W gabinecie czekała też na niego przygotowana poprzedniego dnia wieczorem przez kancelarię lista wyznaczonych na dany dzień audiencji i ceremonii, wykaz wypadających akurat rocznic czy wydarzeń, w związku z którymi miał wysyłać gratulacje lub kondolencje. Przygotowywano zawsze świeży stosik papieru listowego z tłoczonym herbem i nadrukiem „General Adjutant Seiner Majestät des Kaisers und Königs”.

W osobnej teczce zamkniętej na klucz czekały najważniejsze raporty i najświeższe depesze. Klucz do teczki miały dwie osoby w państwie: cesarz i minister spraw zagranicznych.

Po zapoznaniu się z programem dnia oraz dokumentami cesarz wzywał do siebie dostojników dworskich, kierowników swojej kancelarii wojskowej i cywilnej oraz ochmistrza dworu. Nieodmiennie dziwił się, że tak późno stawiają się w pracy. Przekazywał im polecenia, zadawał pytania dotyczące przeczytanych dokumentów.

Kawa u Katarzyny Schratt. Urzędnicy mieli nieco więcej czasu o poranku, jeśli cesarz szedł na kawę do Katarzyny Schratt. „Była to jedyna chwila w życiu Franciszka Józefa, w której nie był półbogiem” – oceniał ówczesny c.k. szambelan Marian Rosco Bogdanowicz. Władca incognito, w mundurze pułkownika piechoty, wychodził z Hofburga bocznymi schodami na Bellariastrasse i, przechodząc obok pomnika praprababki Marii Teresy, zmierzał do położonej w pobliżu, przy Elisabethstrasse, kamienicy, gdzie miała mieszkanie aktorka (jeśli akurat przebywał w Schönbrunnie, Schratt czekała w swojej willi położonej nieopodal tamtejszego pałacowego parku). Jak relacjonuje Bogdanowicz, cesarz był „zadowolony, że nikogo nie spotkał. Bo któżby tam zwracał uwagę na kilka bab roznoszących mleko lub obdartusów zamiatających ulicę, których pan Oberst również zdawał się nie obchodzić. To, że tymi babami i zamiataczami byli najzdolniejsi detektywi, wiedzieli inni, ale nigdy cesarz”. Katarzyna Schratt sama otwierała drzwi (służącej o tej porze nie było), przyrządzała kawę i podawała ją z gorącymi rogalikami przynoszonymi przez gońca. Plotki głosiły, że jedli w kuchni.

Po pogawędce z gospodynią monarcha wracał tą samą drogą, do gabinetu wchodził bocznymi schodami.

10.00

Audiencje. Każdy poddany monarchii mógł złożyć podanie o audiencję u cesarza. Wytworzył się obyczaj, iż prośba o nią, adresowana z jakiejkolwiek prowincji czy miejscowości do kancelarii cesarskiej w Wiedniu, była bezpłatna, tj. nie wymagała znaczka pocztowego. Urzędnicy, od radcy dworu wzwyż, mieli prawo prosić cesarza o audiencję ustnie w swoich służbowych sprawach.

Dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki od 10.00 do 13.00, byli przyjmowani zwykli petenci z całego cesarstwa. Najczęściej na osobę przypadała niecała minuta.

Cesarz złożone podania opatrywał swoim inicjałem; duże F oznaczało, że prośba ma być spełniona, małe f, żeby w miarę możliwości ją spełnić, brak parafy – pozostawienie sprawy własnemu biegowi.

12.00

Przerwa na niewielki posiłek. Jedzenie przynoszono na tacy z kuchni pałacowej do gabinetu. Franciszek Józef jadł wtedy samotnie, przy biurku.

13.00

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]