POLITYKA

Czwartek, 30 marca 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 63

Kultura / Kawiarnia Literacka

Sylwia Chutnik

Dziewczyński szyfr

Najpierw trzeba stworzyć tajny alfabet, w którym będziemy mogły pisać do siebie listy. Litery mogą być inspirowane językiem chińskim albo mieć kształt figur geometrycznych. Kartkę ze znaczeniami trzymamy w pudełku na biurku lub w pamiętniku. Byle nikt się nie dowiedział. W listach piszemy o szkole, o chłopakach lub o kłótni z rodzicami. A z takim zawzięciem piszemy, jakbyśmy się nigdy nie miały więcej spotkać (nawet następnego dnia na matmie). Jakby to było ostatniego dnia przed wyjazdem na zawsze i to bardzo daleko. Ozdabiamy kopertę eleganckimi zawijasami, wykonanymi pachnącym długopisem. Jak jest z drobinkami brokatu, to już absolutny szał. Do tego podpis, z emfazą, całym sercem, emocjami: „na zawsze twoja”, „papa, całusów sto tysiące dwieście dwadzieścia dwa”. Albo z nutką egzaltacji: „do grobowej deski kochająca”. Zawsze z przesadą, z oddaniem na sto procent. Korespondencja z przyjaciółką to nie rurka z kremem: musi być prawdziwa do bólu!

Ja na przykład pisałam w trzeciej klasie do Ani (obecnie utalentowanej graficzki): „czy chcesz mi dać do zrozumienia, że bardziej lubisz ją niż mnie?!”. Niczym zraniona kochanka nie mogłam ścierpieć, że Ania siedziała w ławce z inną dziewczynką. Jednocześnie chwaliłam ją, że „szałowo się ubrała” na szkolną dyskotekę albo że pięknie rysuje.

Ten sentymentalizm z podstawówki niektórym kobietom zostaje. Patrzy się czasem z pogardą na takie „dzidzie piernik”, które szczebioczą sobie na kawusi przy ciasteczku słodkie sekreciki. Z zaskoczeniem znalazłam echa takiego szczebiotu w książce Marci Shore „Kawior i popiół” – w relacji Janiny Broniewskiej, żony Władysława, i Wandy Wasilewskiej, ikony komunizmu. Te dwie znienawidzone kobiety, które postrzegane były jako zdrajczynie ojczyzny i ślepe propagatorki Związku Radzieckiego, w prywatnych kontaktach zachowywały się niczym psiapsiółeczki z podstawówki. I one kończyły listy do siebie zwrotami stutysięcznych całusów, nazywały się pieszczotliwie „wariatkami” i prawiły nawzajem komplementy.

Shore pisze, że czytając ich korespondencję, mamy wrażenie, jakby była zaszyfrowana. Być może sugerowały to wyrażenia zapożyczone od wrogów systemu, które panie przekształcały i używały prześmiewczo. Poza tym skróty myślowe, odwołania do wspólnych podróży stwarzały bardzo intymny klimat korespondencji (i, jak się można domyślić, całej relacji). Broniewska po śmierci swojej przyjaciółki nazwała ją siostrą, tłumacząc, że była to „miłość z wyboru”.

Poznały się przed wojną. Janina pamięta jeden szczegół „czysto babski”: Wasilewska miała na sobie zapiętą pod szyję sukienkę z granatowego szewiotu z kołnierzykiem w szkocką kratę. I tyle. A potem to już wielka przyjaźń. Wygłupiały się na przykład na ulicach Warszawy, udając różne typy kobiet, czerpiąc wzory z podglądanych dam na Marszałkowskiej czy Krakowskim Przedmieściu. Rozmawiały między sobą, układając usta w dziubek: „och, moja słodko królowo”. A były to czasy, kiedy Wasilewska była już rozpoznawana na ulicach. Wiele lat później, w mroźnej Moskwie, chodziły po oblodzonych chodnikach, czepiając się swoich ramion jak czułe małżeństwo.

Surowa Wanda nie kojarzyła się z czułymi słówkami, o nie. Opisywana była jako grubo ciosana aktywistka, o skupionej, zaciętej twarzy otoczonej gładką fryzurą. Wyrażała się dosadnie musztrując otoczenie. W kwestiach politycznych czy ideowych wydawała konkretne rozkazy – nawet Broniewskiej. Potrafiła zadzwonić w środku nocy ze służbowym poleceniem naszkicowania przepisowego munduru żołnierskiego. Ale w przestrzeni prywatnej, w domu lub właśnie w korespondencji, zamieniała się w roześmianą i wrażliwą kobietkę. Podejrzewana o romans z samym Józefem Stalinem, była niewątpliwie jego bardzo bliską współpracownicą. Miała ogromne wpływy i umiała je wykorzystać. Nie jest przesadą stwierdzenie, że los wielu ludzi zależał od niej. Mimo to zawsze pamiętała o „kochanej Jance” i odwiedzała ją tak często, jak mogła. W 1947 r. mieszkały oddalone od siebie setkami kilometrów: Wasilewska w Kijowie, Broniewska w Warszawie. Po jednej z wizyt Wanda pisała do przyjaciółki, że nie podejrzewała się o sentymentalizm i smutek po wyjeździe od nich, ponieważ w swoich oczach jawiła się już jako „miednik i cynik”.

Obie panie słynęły z zamiłowania do wojska, frontu wojennego i surowych warunków życia. Janina została korespondentką wojenną, jadąc na front z polskimi żołnierzami, walczącymi u boku Armii Czerwonej pod Stalingradem. Mimo to żadna z przyjaciółek nie wyraziła zgody, by ich córki walczyły zbrojnie. W czerwcu 1943 r. Ewa Wasilewska ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Sylwia Chutnik, ur. w 1979 r., absolwentka Gender Studies, kulturoznawczyni, przewodniczka po Warszawie. Za debiutancką powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” dostała w tym roku Paszport „Polityki”.