POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 44 (2729) z dnia 2009-10-31; s. 14-15

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Dziwny jest ten kraj

Afera goni aferę. Czy my jesteśmy jacyś inni, że ciągle tak się tu dzieje?

Jak się przez chwilę pomyśli o tym, co się w Polsce wyprawia, można wpaść w depresję. Choć można się też pocieszać, że gdzie indziej nie mają dużo lepiej. W USA o miejsce na listach bestsellerów walczą dwie dobrze udokumentowane książki. Jedna pokazuje, że partia republikańska to skorumpowana mafia rabująca państwo. Druga, że partia demokratyczna to gang, który się gwałtownie bogaci kosztem podatników. Książek pokazujących, że Wall Street to banda złodziei, są już całe półki.

W Anglii właśnie trwa wielka afera polegająca na tym, że posłowie masowo wydawali publiczne pieniądze na prywatne cele i muszą zwracać grube tysiące funtów. Prasa pisze, że następna afera wybuchnie, gdy padnie pytanie, skąd posłowie biorą, by oddawać. We Francji obecny prezydent załatwiał synowi studentowi ważną partyjno-samorządową posadę, a swego konkurenta, byłego premiera, zamierzał koniecznie wsadzić do więzienia. We Włoszech właśnie unieważniono ustawę amnestionującą premiera. Wizja uwięzienia nie odbiera jednak Berlusconiemu popularności.

Czesi – podobnie jak my – przechodzą aferę lobbystyczną, a poza tym mają rząd w stanie dymisji, który nie umie doprowadzić nawet do nowych wyborów (o prezydencie Klausie już nie wspomnimy). Tak można by jechać kraj po kraju dookoła świata. Praktycznie wszędzie, poza kilkoma państwami nordyckimi, afera goni aferę, a ludzie wciąż mają nowe powody, by oburzać się, potępiać, wyklinać, pomstować.

Afery były zawsze. Ale współczesne są inne. Kiedy sto lat temu Wacław Nałkowski (ojciec Zofii) pisał słynny esej o ozdrowieńczym skandalu, wyznaczającym nowe, odpowiadające zmiennej rzeczywistości granice zachowań, skandal był jeszcze skandalem. Ujawniał napięcia i stanowił nowe normy. Afery, które zajęły dziś miejsce skandali, nie są już ozdrowieńcze, niczego nie stanowią i nie naprawiają, więc stały się permanentne.

Czy afera Rywina czegoś nas nauczyła? Czy cokolwiek udało się dzięki niej istotnie poprawić? Na przykład zasady udzielania koncesji radiowych czy telewizyjnych? Albo działanie lobbingu? A czy afera gruntowa spowodowała zmiany w ustawie o CBA? Czy stoczniowa poprawi funkcjonowanie państwa? Uszczelni podsłuchy? Usprawni proces prywatyzacji? Sprawi, by był bardziej przejrzysty? Czy ktoś liczy, że afera hazardowa coś zmieni? Rząd o tym wspomina, ale wszyscy wiedzą, że skończy się na rytualnym mordowaniu posłów Chlebowskiego oraz Drzewieckiego i kilku innych osób. Rzeczywistość dzięki temu istotnie się nie poprawi. Tak jak się nie poprawiła dzięki aferze Rywina ani dzięki bezlikowi afer ostatnich lat w wielu innych krajach.

Kultura oszustwa

Taka jest, nasilająca się wraz z wypieraniem słowa drukowanego przez przekaz obrazkowy i elektroniczny, specyfika demokracji medialnej. W odróżnieniu od demokracji parlamentarnej, zdolnej do prowadzenia abstrakcyjnej debaty, rozmowy o problemach, szukania systemowych rozwiązań, demokracja medialna tak bardzo szuka w aferach winnych i bohaterów, że nie ma głowy do szukania przyczyn i rozwiązań.

Tak jest w większości krajów. W Ameryce za kryzys odpowiada Greenspan. Przynajmniej według opinii publicznej. Opinia jest usatysfakcjonowana, że Greenspana już nie ma. Drugim winnym jest Madoff. Opinia się cieszy, że Madoff umrze w więzieniu. Ludziom jednak nie żyje się dzięki temu lepiej, chociaż przez chwilę lepiej się dzięki temu czują. Debata publiczna ma jeszcze wpływ na losy jednostek – Greenspana, Madoffa, Rywina – ale jej wpływ na los społeczeństwa jest mały. Społeczeństwo nie wnika w sprawy trudne. Sprawami trudnymi zajmują się tylko ci, którzy mają anachroniczną potrzebę rozumienia albo ambicję, by zajść naprawdę daleko.

Wśród osób próbujących zrozumieć panuje na świecie coraz powszechniejsza zgoda, iż – jak pisze Manuell Castels – demokracja medialna powoduje, że w polityce walka na programy zastępowana jest przez walkę na afery. Jednak wszystkiego na media zwalić się nie daje. Bo zmieniły się nie tylko media, ale też społeczeństwa. Pokazał to David Callahan w książce pod czytelnym tytułem „Cheating Culture”, czyli „Kultura oszustwa”. Badając stosunek uczniów do ściągania, maklerów do nadużyć, księgowych do defraudacji, urzędników do ulegania korupcji, a dziennikarzy do nierzetelnego szukania sensacji, Callahan odkrył, że im wyższa premia za sukces i gorsza sytuacja przegranych, tym powszechniejsze stają się oszustwa.

Nie przypadkiem światowy ranking korupcji jest bardzo podobny do rankingu rozwarstwienia. Im większe i szybciej rosnące rozwarstwienie, tym ludzie zachowują się bardziej niemoralnie, by zdobyć wyższą pozycję. W dużym stopniu dlatego Rosja konsekwentnie przoduje w obu rankingach, a dość stabilne i słabo rozwarstwione społeczeństwa nordyckie należą do najbardziej uczciwych. Ta sama prawidłowość działa w mniejszej skali. Steven Levitt, autor wydanej również w Polsce „Freakonomii”, pokazał, że np. gdy władze Chicago zanadto podwyższyły premie dla nauczycieli, których uczniowie najlepiej wypadali na testach, nauczyciele zaczęli masowo wypełniać testy za uczniów.

Znając ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]