POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 24-25

Polityka

Malwina Dziedzic

Efekt domina

Nowoczesna w ekspresowym tempie zjechała w sondażowy dół i balansuje wokół progu wyborczego. Wyprzedziło ją nawet SLD, którego nie ma w Sejmie. Jak Ryszard Petru to zrobił?

Trupiarnia – tak Platformę Obywatelską nazywa jeden z posłów Nowoczesnej. I przekonuje, że to partia Ryszarda Petru w przeciwieństwie do konkurentów z PO ma potencjał, pomysł oraz demokratyczne zasady (choć nazwiska woli nie ujawniać). Jednak sytuacja Nowoczesnej daleka jest od beztroskiej opowieści posła. Słabe od kilku miesięcy sondaże zleciały w niektórych badaniach do poziomu progu wyborczego (5 proc.); z klubu N odeszło właśnie czworo posłów – i nie można wykluczyć kolejnych transferów; do tego partia ma mocno ograniczone środki, ponieważ z powodu banalnego błędu w sprawozdaniu finansowym straciła miliony budżetowego wsparcia. Wciąż też za liderem N ciągnie się słynna „Madera”, bo przecież „internet nie zapomina”.

To od sylwestrowego wypadu Petru i Joanny Schmidt zaczęły się kłopoty Nowoczesnej. Posłowie, którzy w ubiegłym tygodniu przeszli z N do PO, zwracają uwagę, że za całą aferę Petru nigdy nie przeprosił – ani partyjnych kolegów, którzy w tym czasie protestowali w Sejmie, ani wyborców. A przecież takie gesty w polityce mają znaczenie. Niektórzy, jak choćby Ryszard Czarnecki z PiS, uważają jednak, że to nie sam skandal obyczajowy zaszkodził Nowoczesnej, ale to, co było chwilę potem – kiedy lider N zasiadł z Kaczyńskim do negocjacji. To miała być ucieczka do przodu, próba odwrócenia uwagi od afery, tyle że dla mocno antypisowskich wyborców mogło to być zwyczajnie niezrozumiałe. W końcu Petru już raz po spotkaniu z Kaczyńskim widział „światełko w tunelu”, powinien więc być ostrożniejszy.

Wierność kibiców, którzy po przegranym meczu krzyczą: nic się nie stało!, może wzruszać. Gorzej kiedy po siedmiu straconych bramkach krzyczy tak sam trener – mówi jeden z posłów opozycji. Trener Nowoczesnej i jego partyjni pomocnicy tak właśnie zakrzykują fatalne notowania. Oficjalny przekaz brzmi: to wszystko przez błędy komunikacyjne. Potem można usłyszeć, że partii nie udało się przebić i dotrzeć do Polaków z programem, że scenę polityczną zawłaszczyły PiS i PO, że sondażowy sukces Platformy to chwilowy „efekt Tuska”, że odejście posłów to planowane od dawna wrogie przejęcie, no i tradycyjnie – że media są nieprzychylne. Nic o tym, co wewnątrz – o nieprzemyślanej strategii, o braku wyraźnego pomysłu na walkę z PiS i rywalizację z PO w ramach opozycji, czy wreszcie o zarzutach wobec lidera partii, że nie słucha innych i nie potrafi wyciągać wniosków z popełnionych błędów. Winne są okoliczności.

Odprawa posłów

Takim „błędem komunikacyjnym” miało być m.in. dopuszczenie do tego, że dziennikarze dowiedzieli się o wewnątrzpartyjnej krytyce i kwestionowaniu metod zarządzania N przez Ryszarda Petru. Kiedy POLITYKA jako pierwsza opisała kłopoty Nowoczesnej (nr 7), była jeszcze szansa na zatrzymanie w N posłów, którzy negatywnie oceniali politykę przewodniczącego. Jednak zamiast próby porozumienia wysunięto oskarżenia o działania na szkodę partii. To tylko zaogniło sytuację i doprowadziło do tego, że w ubiegłym tygodniu klub PO wzbogacił się o Martę Golbik, Joannę Augustynowską, Grzegorza Furgo oraz Michała Stasińskiego.

„Nowoczesna czwórka” jest pod wrażeniem powitania, jakie zgotowali im koledzy w Platformie. I odmiennych metod działania klubu. Podkreślają, że odetchnęli, że w PO jest zupełnie inna atmosfera i że nikt ich nie blokuje – mają pomysły, mogą się w nie angażować; no i mogą też rozmawiać z mediami. Do tego, tak po ludzku, jest sympatycznie. Szef klubu chętnie pójdzie z nimi na obiad, Schetyna zaprosi do „pieczary”, a Arłukowicz na spotkanie integracyjne w swoim przesiąkniętym dymem papierosowym pokoju. Jak mówią, są oczywiście świadomi, że to miesiąc miodowy, ale liczą, że nie pożałują swojej decyzji.

Na Nowoczesną postawili, bo wydawało się im, że zużyta prawie dekadą rządzenia Platforma jest już raczej „masą upadłościową”. Jednak po niespełna dwóch latach sytuacja diametralnie się zmieniła. Okazało się, że fajny pomysł, marketingowa otoczka i polityczna świeżość to w powyborczej polityce za mało. Tym bardziej że lider spoczął na laurach i niespecjalnie chce nad sobą pracować. Uprawianie wyłącznie polityki kampanijnej, medio- i warszawskocentrycznej w końcu zaczyna irytować. Dlatego doceniają doświadczenie Schetyny.

Chcą odsunięcia PiS od władzy – to dla nich priorytet, nie zaś walka z opozycyjną konkurencją, jak to jeszcze niedawno słyszeli w N. Uważają, że ponowna wygrana PiS byłaby dla Polski katastrofalna – szkody wyrządzone przez ekipę Kaczyńskiego po jednej kadencji będzie można jeszcze cofnąć, po dwóch może to być już niemożliwe. Dlatego postawili na projekt, który ich zdaniem gwarantuje większą skuteczność.

Uszczelnienie twierdzy [pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]