POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 29 (2916) z dnia 2013-07-17; s. 10-14

Dossier

Marcin Rotkiewicz

Ekościema, czyli mity zdrowej żywności

Żywność ekologiczna jest dużo droższa, ale dzięki niej ani nie chronimy zdrowia, ani środowiska. Dopłacamy do ekorolnictwa, którego zwolennicy pod pewnymi względami przypominają sektę.

Supermarket. Półka z nabiałem. Twaróg „normalny”: 2,89 zł, „ekologiczny”: 6,22 zł. Takie różnice – od kilkudziesięciu do nawet kilkuset procent więcej za produkty z półki „ekologiczne” – chyba nikogo już dziś nie dziwią. I coraz mniej odstraszają – według badań jedna trzecia Polaków jest gotowa, przynajmniej od czasu do czasu, sięgnąć głębiej do portfela, by kupić ekoprodukty.

Wartość światowego rynku eko w 2012 r. wyniosła ok. 63 mld dol., czyli cztery razy więcej niż 14 lat wcześniej. Choć na razie Polska ze swoim ekologicznym rynkiem szacowanym na 100–150 mln dol. prezentuje się dość mizernie na tle światowych potentatów, czyli USA (29 mld dol.) i Niemiec (9 mld dol.), to jest na wznoszącej fali. Notuje bowiem roczny wzrost ekorynku o 20–30 proc.

Dlaczego jesteśmy gotowi płacić więcej za ekologiczne warzywa, owoce, mleko i mięso? A także bez mrugnięcia okiem godzimy się na to, by Unia Europejska hojnie dotowała rolnictwo ekologiczne? Badania opinii konsumentów w różnych krajach pokazują niemal to samo: króluje przekonanie, że ekożywność nie zawiera szkodliwej chemii, a więc przede wszystkim środków ochrony roślin (pestycydów). Na drugim miejscu jest chęć zakupu produktów zdrowszych, czyli zawierających więcej witamin, mikroelementów etc., a jednocześnie mających lepszy smak. Wreszcie, choć znacząco niżej w rankingach, plasuje się obawa o środowisko naturalne – rolnictwo ekologiczne, jak podpowiada nazwa, ma być przyjazne przyrodzie.

Wyższości jedzenia ekologicznego starają się dowodzić nie tylko jego producenci i wspierające ich organizacje zielonych, ale również media. Telewizyjni kucharze celebryci jak mantrę powtarzają, że dobre i zdrowe jedzenie można przygotować wyłącznie z ekoproduktów. Nikt tych twierdzeń nie kwestionuje, nie dziwi zatem, że w masowej wyobraźni żywność ekologiczna to dziś synonim zdrowej żywności.

A skoro na sceptycyzm nie ma miejsca, to do opinii publicznej prawie nie dociera głos specjalistów od toksykologii, żywienia, chemii, rolnictwa i ekologii. A szkoda, bo większość naszych przekonań na temat ekożywności to mity.

Energia z Księżyca

Rolnictwo ekologiczne narodziło się w pierwszej połowie XX w., ale nie na uczelniach czy w instytutach naukowych, poddane rygorom empirycznych badań, tylko w aurze niemalże okultystycznej. Za jego ojca uznaje się Rudolfa Steinera – austriackiego filozofa, mistyka, ezoteryka i twórcę antropozofii, czyli parareligii odrzucającej zmysłowe i racjonalne poznanie świata na rzecz duchowego wtajemniczenia oraz wiary w reinkarnację. W 1924 r. w Kobierzycach (wówczas należących do Niemiec) wygłosił on serię wykładów wymierzonych w rodzące się wówczas, głównie za sprawą wynalezienia nawozów sztucznych, wysokowydajne rolnictwo. Stosowanej w nim sztucznej chemii Steiner przeciwstawił to, co dobre i naturalne – czyli np. nawożenie odchodami zwierząt gospodarskich czy kompostem (wytwarzanym z odpadów roślinnych i zwierzęcych). Twierdził również, że ziemię i rosnące w niej rośliny trzeba traktować jak jeden organizm napędzany tajemniczą energią z kosmosu. Dlatego uprawa płodów rolnych powinna być np. zharmonizowana z fazami Księżyca.

Tak narodziło się tzw. rolnictwo biodynamiczne, będące prekursorem ekologicznego. Dziś zaś stanowiące jego odłam, w którym nadal żywa pozostaje choćby wiara w siłę kosmicznej energii. Rolnicy biodynamiczni wierzą, że wnika ona w bydło poprzez rogi. Więc jednym z zabiegów agrotechnicznych jest zakopywanie w uprawianej ziemi rogów wypełnionych bydlęcymi odchodami.

Wydane w formie książki kobierzyckie wykłady Steinera miały ogromny wpływ na pewną wpływową grupę brytyjskich arystokratów. Wielką rolę odegrała w niej Lady Eve Balfour, wierząca w kontakty z duchami i astrologię. To głównie za jej sprawą w 1946 r. powstało The Soil Association (Stowarzyszenie Ziemi), które najbardziej przyczyniło się do narodzin rolnictwa ekologicznego (nazywanego w krajach anglojęzycznych „organicznym”). W 1967 r. jako pierwsze wprowadziło certyfikaty dla brytyjskich ekorolników i produktów wytworzonych zgodnie z wyznawanymi przez nią zasadami. A dziś znaczek Soil Association widnieje na 70 proc. ekoproduktów w Wielkiej Brytanii – od żywności po tekstylia i kosmetyki.

Współcześni działacze tej organizacji niechętnie przyznają, że miała ona początkowo charakter głównie polityczny i parareligijny (związany z New Age, czyli ruchem wierzących w nadejście nowej, złotej ery ludzkości opartej na duchowości) oraz głosiła rozmaite pseudonaukowe koncepcje. I nadal pozostaje pod wpływem steinerowskiej antropozofii i wizji rolnictwa.

Organizacje takie jak Soil Association miały ogromny wpływ na kształt regulacji prawnych dotyczących rolnictwa ekologicznego, które w ciągu ostatnich dwóch dekad przyjęła Unia Europejska, a po niej USA i inne kraje. Przepisy te określają, co można uznać, a czego nie, za uprawy i produkty ekologiczne. Na straży ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Ekobiznes w świątyniach Whole Foods

Na ekożywność stać jedynie zamożnych mieszkańców wielkich miast w bogatych krajach. Wykształconych i dbających o zdrowie. To na nich, a szczególnie na ich lękach o własny organizm, można nieźle zarobić, co szybko wyczuł wielki biznes. Z siecią supermarketów Whole Foods na czele. Ta amerykańska firma, utworzona w 1980 r., postawiła na sprzedaż żywności ekologicznej i dziś dysponuje ponad 350 sklepami (głównie w USA), jest notowana na giełdzie, a jej zyski wynoszą setki milionów dolarów. Wśród wielkomiejskiej klasy panuje wręcz snobizm na zakupy we Whole Foods. Dziennik „The New York Times” pisał w ubiegłym roku o narodzinach Big Organic (Wielkiego Biznesu Ekologicznego podobnego np. do Big Pharmy, czyli Wielkiego Przemysłu Farmaceutycznego). W uprawy i produkcję eko zainwestowały bowiem wielkie koncerny, takie jak Kellogg’s, Pepsico, Heinz, Coca-Cola czy Kraft. Oczywiście występują pod nazwami firm ekologicznych, które sukcesywnie wykupiły. Tylko Heinz przejął ich 19. Nie zmieniło to jednak faktu, że żywność ekologiczna w USA nadal otoczona jest aurą produkowanej przez drobnych, lokalnych, przyjaznych środowisku farmerów. Ale ponieważ popyt na ekożywność stale rośnie, trzeba sobie jakoś radzić z wydajnością produkcji. Dlatego od 2002 r. lista nienaturalnych substancji dopuszczonych do stosowania w ekoprodukcji została powiększona z 77 do 250.

W Europie ekorynek też interesuje wielkich graczy – inwestuje w niego m.in. sieć Tesco i Carrefour. Co ciekawe, w ubiegłym roku Unia Europejska i USA podpisały porozumienie, na mocy którego produkty ekologiczne posiadające certyfikaty wydane w Europie lub w Stanach Zjednoczonych są sprzedawane jako ekologiczne w obu regionach. Wartość wspólnego rynku produktów ekologicznych szacowana jest na 40 mld euro.

Zabójcza zdrowa żywność

Choć produkty ekologiczne uchodzą za zdrowsze i bezpieczniejsze, to w rzeczywistości, jeśli są źle uprawiane lub przygotowywane, mogą stanowić śmiertelne zagrożenie, tak jak każdy inny rodzaj żywności. Przykładem tego jest historia z 2011 r., gdy we Francji, a przede wszystkim w Niemczech doszło do epidemii spowodowanej przez niebezpieczny szczep bakterii E. coli wytwarzający bardzo groźną toksynę. Z jej powodu zachorowało 3100 osób, w tym 850 ciężko, a 53 zmarły. Źródłem epidemii były ekologiczne kiełki kozieradki wyhodowane z nasion sprowadzonych z Egiptu i skażonych bakteriami pochodzącymi z ludzkich lub zwierzęcych odchodów, prawdopodobnie stosowanych jako naturalny nawóz.

W USA w ciągu ostatnich kilku lat kilkadziesiąt razy wycofywano z rynku partie ekologicznej żywności stanowiącej zagrożenie dla konsumentów. Np. w grudniu 2011 r. zabrano ze sklepów 15,5 ton mielonego mięsa wołowego skażonego bakterią E. coli. Z półek znikały też pomidorki koktajlowe czy ziarna selera zawierające salmonellę.

Zobacz także

Kto tu ściemnia