POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 48-51

Kultura / Sztuka życia

Edyta Gietka

Eksperymentuję

Rozmowa z Andrzejem Łapickim o zuchwałej ucieczce od starości

Edyta Gietka: – Czy to prawda, że dotknął pan Adolfa Hitlera?

Andrzej Łapicki: – Nie, tylko go widziałem. Nawet napisałem o tym anegdotkę do „Gazety Wyborczej”, ale jakiś młodszy ode mnie redaktor, który w 1939 r. mógł mieć pięć lat, zarzucił mi, że to niemożliwe. Pamiętał, że kiedy Hitler miał przyjechać do Warszawy, jego samego z mamusią i wszystkich sąsiadów powyrzucano na czas tej wizyty z domów, więc ja też nie mogłem widzieć Hitlera. Mnie nie wyrzucili. Zawsze tak jest, że jednych wyrzucają, ale innych nie. Hitler jechał w obstawie z Okęcia ul. Grójecką, a ja przysiadłem na jakiejś skrzynce przy placu Narutowicza, miałem z 15 lat. Podszedł do mnie Niemiec i pyta: – A co ty tu siedzisz? – No, bo ja chciałbym Hitlera zobaczyć. Niemiec: – O, to bardzo ładnie postępujesz. Hitler jechał z takim charakterystycznym gestem, który utrwalono na wielu fotografiach: wyprostowana ręka opierająca się o przednią szybę samochodu. Ale dotknąć, to nie dotknąłem.

Tyle razy można odpowiadać na pytania: a Gajcy to jaki był, a Osterwa, a Schiller? Czy człowiek czuje się samotny, gdy jest jedynym żyjącym znajomym wielu historycznych postaci, jedynym żyjącym świadkiem?

No tak, prawie wszyscy umarli, więc ciągle pytają mnie, jak było. Dzwonią, że przy takiej a takiej ulicy było kino, czy pamiętam, jak się nazywało? Pamiętam z detalami adresy i witryny sklepów, nawet to, jak wyglądało przed wojną opakowanie pasty do obuwia, bo mam fenomenalną pamięć. Grałem z aktorami, którzy debiutowali w XIX w., na przykład z Aleksandrem Zelwerowiczem. W tym sensie otarłem się o trzy stulecia. XIX w. najbardziej mi się podobał i podoba do dziś, bo wszystko było po bożemu, a człowiek jednak tęskni do porządku. Ale nie ma żadnych szans, żeby to wróciło, więc niechętnie o tym opowiadam. Już człowiekowi nie chce się tego wszystkiego międlić.

Ludziom na starość zostaje zwykle grono rówieśników, żeby spotkać się i sobie ponarzekać na nowe czasy.

Jakie grono?! Nieodstrzelony został tylko Tadeusz Konwicki, bo on ze Żmudzi jest i ma twardą skórę. Ale po co się spotykać, skoro ja przestałem narzekać? Cała Polska zna mój ostatni samobójczy krok, to znaczy pojęcie za żonę młodej dziewczyny. W sędziwym wieku dałem sobie prawo do myślenia o przyszłości. Pewnie starzy żyjący kumple mi zazdroszczą – miałem wiele głosów aprobujących, że to wspaniałe. Więc nie mogę umawiać się z Konwickim w kawiarni i marudzić, skoro jeszcze mam plany. Jeśli człowiek wiąże się z kimś, musi je mieć. Powiedziałem: narzekajcie sobie, a ja się ożenię, ponieważ nie zgadzam się na starość i co mi zrobicie? Zorganizowałem sobie jakieś POTEM i uciekłem od starości. Prawdopodobnie nikomu się to jeszcze nie udało, ale spróbować warto.

Jakie ma być to POTEM?

Tego nikt nie wie.

Zrobił pan coming out człowieka starego. Miał odwagę powiedzieć, że jak się długo żyje, to jedna miłość, jedna druga połowa może nie wystarczyć.

Ludzi przeraża w życiu to, że ono jest niepowtarzalne. Może i jest, ale ja pomyślałem: dobrze, a ja zrobię bombę i sobie je powtórzę. Zobaczymy, co będzie. Wie pani, jak nudna jest samotna starość? Jezu, jest tragiczna! Zacząłem się nudzić po śmierci pierwszej żony. Wycofałem się z grania i nie robiłem nic, cztery lata miałem okres szlafrokowy. Siedziałem w fotelu, wpatrując się w pudełko, w którym Tusk skacze do gardła Kaczyńskiemu albo odwrotnie. W międzyczasie gosposia przynosiła śniadanie i oznajmiała, że kupiła mi ten chlebek, który tak bardzo lubię. Grzecznie dziękowałem gosposi, która była z nami ze 20 lat, obsługując nas uczciwie. (Tak mnie przedwojenne kobiety zdemoralizowały, że myślałem: mężczyzna ma sobie po prostu opłacić wygodę za pomocą pieniędzy). I takie były moje rozrywki.

Aż...?

Aż jesienią zeszłego roku zaniosłem felieton do miesięcznika „Teatr”. Przyjęła go dziewczyna z redakcji. Bardzo miła. Potem zadzwoniła z pytaniem, czy wszystko dobrze odczytała – zawsze piszę ręcznie. To nie było tak, jak Molier by to ujął, że on stary, chciałby młodą. To bardzo szybko poszło. Rozmawiamy i dostrzegam, że ona ma taki męski umysł! To nawet może denerwować mężczyznę. Sam wyszedł z tych rozmów jakiś przedwojenny rodzaj flirtu. A inteligentna kobieta to skarb, choć mężczyźni opowiadający dowcipy o blondynkach uważają pewnie inaczej.

Po trzech miesiącach od głębokiego ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]