POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Era smogu

Chyba każdy, kto jako tako interesuje się w Polsce polityką, oglądając uroczystość inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, musiał mieć wrażenie, że już zna to, co usłyszał. Trumpizm, choć jest produktem lokalnym, made in USA, dla nas jest przecież „powidokiem PiS”. Podobieństwa mentalne i retoryczne są uderzające. Z pewnymi oczywistymi korektami, bo jednak Trump jest przywódcą globalnego mocarstwa, jego przemówienie inauguracyjne mogłaby spokojnie wygłosić Beata Szydło. Było, rzecz jasna, o elitach, które żerowały na ludziach pracy, i wielkiej historycznej zmianie, polegającej na oddaniu władzy zwykłym obywatelom. Było o zaniedbanej Ameryce, zmurszałej infrastrukturze, a nawet więcej – o „amerykańskiej jatce”, jaką politycy urządzili narodowi (że też nasz Prezes nie wpadł wcześniej na dosadną metaforę „rzeźni Tuska”). Padły, znane także nam, zapowiedzi: odbudowy przemysłu i handlu, zwalczania imigracji, podniesienia polityki zagranicznej ze stanu naiwności, poprawności i uległości do bezwzględnej obrony własnych interesów. „Po pierwsze, Ameryka!”.

Teraz wszyscy zastanawiają się, co z tego naprawdę wyniknie? Na razie tylko tzw. rynki są spokojne, bo głosami „zapomnianych Amerykanów” do władzy doszła wielka biznesowa oligarchia, która liberalnemu turbokapitalizmowi krzywdy nie zrobi. Przeciwnie, właśnie organizuje się coś na kształt Korporacji Ameryka, gotowej do negocjacji, handlu i wymiany w każdym obszarze – także politycznym, humanitarnym, ekologicznym, militarnym – i w każdym rejonie globu. Na tym, niestety, polega różnica między naszym lokalnym populizmem a wersją amerykańską. Stany Zjednoczone mają instrumenty, aby realizować swój egoizm, nawet za cenę wielkich międzynarodowych napięć i konfliktów. Ale taka wersja Ameryki i taka perspektywa dla świata akurat dla nas jest niezmiernie groźna. My jako kraj średniej wielkości, peryferyjny, niezamożny, od niedawna dopiero praktykujący demokrację i wolny rynek, nie mamy środków narzucania swojej woli i interesów partnerom, skazani jesteśmy na uciążliwe negocjacje, sojusze, łapanie okazji, mozolną budowę własnej pozycji, wizerunku, kapitału. Amerykański populizm jest przede wszystkim niebezpieczny dla świata, także tego, w którym ostatnio umościliśmy sobie miejsce; nasz – głównie dla nas samych. Ale, niestety, oba jakoś się sumują.

W dniu inauguracji prezydenta Donalda Trumpa w Waszyngtonie pogoda była podobna jak w Warszawie: chłodno, mglisto, nieprzyjemnie. Taki też był polityczny klimat w większości stolic zachodniego świata, dawnych (chyba tak trzeba już mówić) sojuszników Ameryki. Pierwsze zapowiedzi i gesty nowego prezydenta raczej potwierdzają, że Trump będzie rozniecał ledwo co przygaszone pożary (Izrael, Iran, Syria) i podkładał ogień lub przynajmniej rozlewał podpałkę pod całą konstrukcją światowego ładu i handlu (na nowo, nie wiadomo jeszcze jak, mają być układane relacje Ameryki z Chinami, Rosją, NATO, Unią Europejską, Niemcami, Wielką Brytanią itd. – s. 10). Wraz z nadejściem Trumpa cały współczesny świat zanurzył się we mgle, a właściwie niezdrowym smogu, w którym trudno się poruszać i ciężko oddychać. W samej Ameryce atmosfera publiczna też jest – trzymając się ekologicznego języka – gęsta od emocji, lepka od pomówień, zanieczyszczona emitowanymi na skalę przemysłową kłamstwami, tym razem pod nową modną nazwą „fakty alternatywne”. Jątrzący styl i język kampanii wyborczej Donalda Trumpa już zatruł Amerykę, podzielił społeczeństwo, wywołał podobne reakcje, jakie obserwujemy w Polsce od wyborów. Inauguracji tej prezydentury towarzyszyły nieobserwowane wcześniej masowe, milionowe protesty. Skojarzenia z naszymi Czarnymi Marszami kobiet, a nawet jakimiś zalążkami „ruchu obrony demokracji” same się nasuwają. Tym razem, wyjątkowo, w czymś wyprzedziliśmy Amerykę.

Mimo wszelkich podobieństw między naszymi bratnimi populizmami amerykański system polityczny, zabetonowany w nienaruszalnej konstytucji, sprawia, że nowa władza, bez względu na własne wyobrażenia na swój temat, jest (jak ujął to Obama) jedynie przecinkiem, a nie kropką w historii. Nam też się zdawało, że mamy silne ustrojowe mechanizmy bezpieczeństwa, ale dopiero teraz widać, jak były nieodporne na atak (Trybunał Konstytucyjny, niezależna prokuratura, media publiczne) i płytko zakorzenione. Więc, wracając do metafory smogowej, Prezes może dziś dowolnie dokładać do pieca. Ostatnio przy pomocy policji i prokuratury próbuje zastraszyć demonstrantów, którzy jego samego przestraszyli pod Sejmem. Przy okazji, jak tyle razy wcześniej, bierze werbalny odwet na przeciwnikach, miotając pogardliwe teksty o „twarzach ubeków i ludziach specjalnej troski”, jakie w pamiętną noc zaglądały mu do limuzyny. PiS ustami prezesa zapowiada niedopuszczenie – w większości opozycyjnych – burmistrzów i prezydentów miast do następnych wyborów samorządowych; zaprowadzenie porządku i prawdy w mediach (?); zaostrzenie kar dyscyplinarnych wobec posłów opozycji i sędziów. Co tydzień kolejne wrzutki do pieca, bo, jak zgrabnie pokazuje kabaret „Ucho prezesa”, szef zarządza poprzez nieustanne podgrzewanie konfliktów i zaczadzanie dymiącą od rana do nocy propagandą.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]