POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 28-30

Społeczeństwo

Aleksandra Pucułek

Etat na garnuszku

Coraz więcej Polaków kalkuluje: z zapomóg i zasiłków dostaniesz więcej niż na etacie. Spędzisz czas z rodziną, nie przemęczysz się. Polski system pomocy społecznej jest irracjonalny: zniechęca do pracy. Program 500 plus jeszcze to wzmacnia.

Stary Brus, mała miejscowość w powiecie włodawskim, tuż przy granicy z Ukrainą. W gminie mieszka niewiele ponad 2 tys. osób. Połowa z nich korzysta z pomocy społecznej. Kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej Aneta Zając przyznaje, że niektórzy przychodzą tu jak po pensję. – Dzisiaj opłaca się być ubogim. Są osoby, które biorą od nas 4,5 tys. zł miesięcznie. To po co pracować? – pyta retorycznie. OPS mają do czynienia z kilkoma kategoriami podopiecznych. Oczywiście są wśród nich osoby, czasem całe rodziny, które bez pomocy sobie nie poradzą. Jak Justyna. Co miesiąc siada z kartką i przelicza. Teraz kupi bluzkę dla starszego syna, w przyszłym miesiącu buty młodszemu. Michał, starszy, siedem lat, chodzi do przedszkola integracyjnego, ma zespół Aspergera. Filip, trzylatek, choruje na astmę. Mąż zostawił Justynę, gdy urodziła drugie dziecko. Są w trakcie rozwodu. Alimentów nie ma jeszcze zasądzonych. Żyje z zasiłku rodzinnego, czyli 460 zł, i zasiłków celowych. I od kwietnia 2016 r. dwa razy po 500 plus (niski dochód – należy się na obu synów). Pani z pomocy społecznej powiedziała, że może jeszcze dostać świadczenia pielęgnacyjne – po 153 zł. Zgłosiła jednego syna, drugiego nie ma kiedy, bo zaświadczenia są potrzebne, trzeba ustawić się w kolejce w urzędzie, a z dwójką dzieci – to jak? Większość pieniędzy idzie na jedzenie, czynsz i leki. Justyna chciałaby pójść do pracy, do ludzi, wreszcie wyjść z domu – ale jak?

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 r. ze wsparcia ośrodków pomocy społecznej skorzystało ponad 1,1 mln gospodarstw domowych, czyli 2,9 mln osób. Samotne matki z małymi dziećmi, niepełnosprawni, osoby starsze, którym dzieci i wnuki powyjeżdżały za pracą do wielkich miast czy za granicę. Podopiecznych, zwłaszcza tych w podeszłym wieku, ośrodkom przybywa. – Powojenny wyż demograficzny wchodzi właśnie w zaawansowaną starość, żyjemy coraz dłużej i z wiekiem coraz więcej pomocy potrzebujemy – stwierdza Zuzanna Grabusińska, dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej w Warszawie na Pradze.

Lecz rośnie liczebnie także grupa tych, którzy są w wieku produkcyjnym, a nie pracują. Wielu po pewnym czasie mogłoby się usamodzielnić, pójść do pracy, zrezygnować z zasiłków, ale żyje na garnuszku państwa. Pracownicy socjalni obserwują kilka charakterystycznych kategorii swoich stałych „klientów”.

Oficjalnie bezrobotni

Michał ze wsparcia pomocy społecznej korzysta zwłaszcza zimą. Ma wtedy zasiłek okresowy, dostaje zasiłki celowe. Kiedy na życie nie starcza, to trzeba sobie jakoś radzić. Pomoże przy remoncie, ułoży płytki, pomaluje ściany. Pracuje na czarno. Tacy jak on – oficjalnie bezrobotni – to główny problem pomocy społecznej w Starym Brusie. W okolicy nie ma większych zakładów pracy, żadnej fabryki. Bezrobocie jest duże, co nie znaczy, że mieszkańcy gminy w ogóle nie pracują. Działa tu Zakład Usług Leśnych, gdzie z większością zatrudnionych nie zawiera się umów o pracę. – Przecież nie będziemy jeździli po lesie i szukali naszych podopiecznych, żeby udowodnić im, że mają dochód i nie muszą już korzystać z naszej pomocy – tłumaczy Aneta Zając. Niektórzy, gdy dostaną ofertę z urzędu pracy, mówią wprost, że nie zamierzają podjąć pracy. Inni udają zainteresowanie, ale podają dużo powodów, żeby nie pracować. Urzędnicy słyszeli już niemal wszystko. Bo miejsce pracy jest za daleko albo za blisko. Inni powiadają, że uczą się w szkole weekendowo, więc w tygodniu odrabiają pracę domową. Jeszcze inni tłumaczą się słabym zdrowiem, choć mają przeciwwskazania tylko np. do ciężkiej pracy fizycznej.

Wiele osób zarejestrowanych w urzędach pracy jest dłużnikami alimentacyjnymi. Jeśli podejmą legalną pracę, komornik zabierze im część wypłaty, a oni na „tę k… nie będą płacili”. Kolejni cenią wolność: na etacie trzeba będzie przychodzić do firmy, pracować od–do, a na czarno w każdej chwili mogą zrezygnować. Żeby nie zostać wyrejestrowanym z bezrobocia, idą na rozmowę do pracodawcy, ale robią wszystko, żeby zatrudnienia nie dostać. Kobiety zabierają na rozmowy kwalifikacyjne dzieci, żeby potencjalny pracodawca zobaczył, że będą mało dyspozycyjne. Mężczyźni nieraz symulują, że nadużywają alkoholu. Pracodawcy wpisują więc w papierach: kandydat nie spełnia kryteriów. A w swoich ofertach, w rubryce „wymagania” coraz częściej umieszczają podpunkt: „chęć do pracy”.

Lista świadczeń, na które może liczyć np. pięcioosobowa rodzina, gdzie dwoje rodziców nie pracuje, jest długa: zasiłek rodzinny, dodatek z tytułu wielodzietności na trzecie i kolejne dziecko, dodatek dla dzieci na dojazdy do szkoły (albo na internat), dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego, comiesięczne ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]