POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 12 (3103) z dnia 2017-03-22; s. 15-17

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Europejczycy osobni

Nie taki z Polaka euroentuzjasta, jak się potocznie uważa. Chętnie z Unii bierze, ale wspólnoty losu z Europą specjalnie nie odczuwa. Mentalnie wciąż możemy do Unii wejść lub z niej wyjść. To się właśnie teraz waży.

Czy można być za Unią i jednocześnie popierać rządy PiS? Otóż – wbrew nadziejom i kalkulacjom opozycji – nie ma tu kolizji. Stwierdzili to nader przekonująco autorzy (Adam Balcer, Piotr Buras, Grzegorz Gromadzki, Eugeniusz Smolar) niedawnego raportu dla Fundacji Batorego, któremu nadali tytuł „Koniec konsensu”. Po lekturze tekstu milusi frazes o najbardziej proeuropejskim społeczeństwie w Unii staje czytelnikowi w gardle.

Z perspektywy autorów deklaratywne kategorie euroentuzjasty i eurosceptyka do niczego już się nie nadają. Bo od czasu referendum akcesyjnego (2003 r.), które wymagało prostej identyfikacji, sprawy poważnie się skomplikowały. Już nie wystarczy powiedzieć „jestem za Unią”. Pytanie właściwe brzmi: za jaką Unią? Czyli – rozbijając to na konkrety – czy jesteś za wprowadzeniem euro? Jak oceniasz pakiet klimatyczny? Co sądzisz o wspólnej polityce imigracyjnej i mechanizmie relokacji uchodźców? Czy uważasz wspólną politykę zagraniczną i obronną za pożądaną?

I tak się, niestety, składa, że euroentuzjastycznym ogólnie Polakom w większości tych kluczowych spraw bliżej do wyborców Marine Le Pen, partii Geerta Wildersa w Holandii bądź Alternatywy dla Niemiec. Nie jest też zresztą przypadkiem, że wcześniej rząd Platformy – tak bardzo przecież proeuropejski – w owych najbardziej wrażliwych sprawach kluczył i odwlekał decyzje.

Współgra to z ogólnym rysem tożsamościowym polskiego społeczeństwa, które autorzy raportu zaliczają do społeczeństw zamkniętych. Na spektrum europejskich postaw Polacy okupują bowiem górne rejony we wskaźnikach kulturowego konserwatyzmu, religijności, niechęci wobec obcych nacji oraz mniejszości. Należymy też – obok Greków, Węgrów i Włochów – do społeczeństw najmocniej obciążonych nacjonalizmem i ksenofobią.

Nic więc dziwnego, że z takim nastawieniem najchętniej byśmy się od świata odgrodzili. Toteż podkreślamy, że państwo w pierwszym rzędzie powinno zajmować się własnymi sprawami. Pomagać innym krajom? To popiera ledwie co piąty Polak (unijna średnia jest tu dwa razy wyższa). Nie bardzo też wierzymy w sprawczość Unii Europejskiej na scenie globalnej. Nie jesteśmy już skłonni angażować się militarnie w imię takich abstrakcji, jak prawa człowieka. Nawet wymiana gospodarcza ze światem – choć to niby oczywistość – akceptowana jest przez niespełna połowę Polaków.

Tacy z nas euroentuzjaści. Należałoby więc raczej pytać, czemu właściwie tak nam zależy na tej Unii, skoro kiepsko do niej pasujemy, słabo ją rozumiemy i chyba dobrze nam na jej marginesie? Owszem, fajnie jest czerpać z funduszy akcesyjnych, skorzystać ze strefy Schengen, może nawet ruszyć się za pracą. Chętnie też przejrzymy się czasem w europejskiej normie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z mizerią krajowych instytucji. Ale prawdziwej wspólnoty losu z Unią raczej nie odczuwamy.

Właściwie to zawsze, od Sarmatów poczynając, byliśmy na obrzeżach Europy. Peryferyjność kompensując sobie poczuciem wyjątkowości. Zawsze pielęgnowaliśmy naszą wsobność. I mimo otwarcia się III RP na świat aż tak wiele się nie zmieniło. Ostatnimi czasy Polacy wręcz puchną od dumy narodowej (według CBOS 38 proc. z nas bardzo często, a 36 proc. dość często „odczuwa dumę z tego, że jest Polakiem”). Wygląda na to, że jeszcze raz musimy sobie opowiedzieć, dlaczego jesteśmy w Unii. I dlaczego od niej odstajemy?

„Patrioci” i realiści

„Naród polski jest narodem wyjątkowo patriotycznym. Ten, kto umie poruszać struny naszego patriotyzmu, może wygrywać melodie zupełnie dowolne” – zauważał Stanisław Cat-Mackiewicz. Inaczej nie potrafił wytłumaczyć zbiorowego entuzjazmu elit II RP po haniebnym udziale Polski w rozbiórce Czechosłowacji w 1938 r. To, że po nielubianej nad Wisłą Czechosłowacji pewnie przyjdzie kolej na nas, zostało zagłuszone w patriotycznym tumulcie.

O tej słabości Polaków krótko po klęsce powstania warszawskiego obszerniej pisał Stefan Kisielewski. Zastanawiał się, dlaczego Polska – choć geografia predestynowała ją do roli wyrachowanego pośrednika pomiędzy Wschodem i Zachodem – uparła się, że będzie „wojownikiem, nacjonalistycznym mocarstwem”. Choć była na to za słaba. Miała problem z budową trwałych sojuszy. Sąsiadami przeważnie pogardzała. Oprócz rzecz jasna Węgrów – choć to przyjaźń „irracjonalna, nonsensowna, bez podstaw ani szans politycznych, bez wspólności narodowych”.

Skazana na klęski, wychowywała kolejne pokolenia w przekonaniu o naszej wyjątkowości. Pisał Kisiel po zburzeniu Warszawy: „Znowu byliśmy w walce ze wszystkimi, opętani mitem nacjonalizmu i mocarstwowości, a w rzeczywistości będąc krzywdzonym, pozbawionym państwa pariasem narodów; tragiczna dysproporcja mitu i realności – tragedia, na którą byliśmy skazani bez własnej winy. Tragedia absurdalna, (...) wbrew naszemu typowi intelektualnemu, wbrew naszym dyspozycjom, wbrew naturze naszych uzdolnień i talentów. W istocie przecież Polak nadaje się do współżycia z obcymi, najlepszy wskaźnik – kultura (...)”.

W&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]