POLITYKA

środa, 27 września 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 28-30

Społeczeństwo

Joanna Cieśla

Eurosieroty 70+

Polscy emigranci zostawili w kraju nie tylko ochrzczone eurosierotami dzieci. Ponad dwa miliony tych, którzy wyjechali, zostawiło też rodziców.

Zaraz po tym, jak wyjadą, zwykle jeszcze jest ruch. Meldunki: gdzie się zaczepili, jak płacą, nowy adres. Pytania: co jedzą? Jaka pogoda? Czy tęsknią? Przesyłki: dokumenty z uczelni, zaświadczenia z urzędów, grubszy śpiwór. Potem wyjaśnia się, że tak już zostanie – że młodzi tam, starzy tu. I to jest jakaś stabilizacja. Często smutek, ale też moment na oddech – można się zająć sobą, zwiedzić, pojechać do młodych, niekiedy pomóc przy już tam urodzonych wnukach. Powoli w głowie lęgnie się pytanie: Jak coś mi się stanie, to co? Niepokój o młodych zamienia się w strach o siebie.

Ojców i matek emigrantów w Polsce jest trzy, maksymalnie cztery miliony. Trudno mieć żal do młodych, że szukają, podejmują wyzwania, próbują gdzieś się ułożyć po swojemu. Ale taki układ niemal zawsze oznacza ból przynajmniej dla jednej ze stron – i realny problem społeczny. W języku socjologii skutki wyjazdów dzieci można próbować wyrazić przez liczby. Prof. Krystyna Slany, dr Łukasz Krzyżowski i dr Magdalena Ślusarczyk policzyli tzw. współczynnik potencjalnego wsparcia, czyli ilu przypada tych między 15. a 64. rokiem życia, którzy mogą opiekować się starszymi, na tych w wieku 65 plus, już potrzebującymi opieki. W 2011 r. było ponad pięciu młodszych na jednego starszego. W 2030 r. będzie mniej niż trzech. Emigracja znacznie tę dziurę pogłębi. Zabraknie tych, którzy powinni pomóc najstarszym w codziennym życiu. Zapłacić rachunki, zrobić zakupy, posprzątać. Przypilnować w demencji. Poczytać, pogadać jak człowiek z człowiekiem. W dodatku wyjazdy na krócej i dłużej stają się coraz częstsze.

Bezpłatne minuty

Zaraz po tym, jak wyjadą, jest się jeszcze matką/ojcem w taki sposób, do jakiego się przywykło. Elżbieta, gdy odprowadzała córkę na Dworzec Wschodni na pociąg do Berlina, nawet się cieszyła. Był 1990 r., Marta bardzo chciała mieć rodzinę, dziecko, a jakoś nie mogła sobie ułożyć życia. Może tam lepiej jej pójdzie – myślała Elżbieta. Dopytywała o tę ciążę, były z córką w stałym kontakcie. Wkrótce Maciek, syn, też odleciał, do Chicago. Jest lekarzem, w Stanach akurat zmieniały się zasady pozwalające na wykonywanie zawodu przez emigrantów. Miesiącami Elżbieta całowała ministerialne klamki, wystawała w Izbie Lekarskiej, pisała pisma, żeby mógł tam zostać. A jednocześnie ciągle jeszcze wierzyła, że wróci.

Do Ryszarda telefon dzwonił czasem w nocy. Iwona wyjechała do Anglii już po wejściu Polski do Unii. Przez telefon łkała, długo nie umiała nic powiedzieć. Bił ją Michał – ten, który ją tam ściągnął. Ryszard błagał: dziecko, wyślij zdjęcia z obdukcji, inaczej tu z matką zwariujemy. Pakował jej do paczki polski Altacet, przelewał pieniądze na nowe mieszkanie. Iwona mailem słała zdjęcia z siniakami i szwami.

Bywało też, że zapadała cisza. Grażyna chodziła po ludziach, od domu do domu. Na początku transformacji ruszyło do Stanów pół Białegostoku – młodzi, po studiach. Marcin się nie odzywał, Grażyna u rodziców kolegów ustalała, że żyje. I zbierała najgorsze historie: ktoś się rozwiódł, kogoś oszukali. Wypadły jej włosy, serce się posypało.

Ale tak się zdarzało częściej dwie, trzy dekady temu. Dr Łukasz Krzyżowski z Wydziału Humanistycznego AGH, który badał m.in. rodziny wyjeżdżających do Austrii i na Islandię, ustalił, że częstość rozmów z rodzicami za pomocą komputera i telefonu – dzięki Skype’owi i bezpłatnym minutom w abonamencie – nie różni emigrantów i tych, którzy zostali. Co jednak ważne, badani emigranci są młodzi i mają względnie młodych rodziców.

Gdy powyjazdowy kurz już opadnie, odległość uruchamia nowy proces: pogłębia się to, co między rodzicami a dziećmi było. I to dobre, i to złe.

Elżbieta z córką i wnuczką rozmawia teraz co tydzień. Z synem rzadziej. Przy telefonie leży zielony notes w kratkę, przez trzy, cztery tygodnie między rozmowami Elżbieta spisuje, o co spytać. Zrozumiała, że zostaną, gdy pokupowali domy. Ale Maciek co dwa lata zabiera matkę na wakacje – Meksyk, Norwegia, Londyn. Z rodziną Marty w Niemczech Elżbieta spędza święta i też wakacje. Zorientowała się również, że musi zadbać o przyjaźnie. Mąż nie żyje od 15 lat. Rok po jego śmierci zmarł ojciec Elżbiety i brat. Odnowiła to, co się zrywa, gdy wychowuje się dzieci i na nic nie starcza czasu. Poszła na uniwersytet trzeciego wieku, wszystko ją interesowało – literatura, malarstwo, gimnastyka, tańce. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]