POLITYKA

Poniedziałek, 22 grudnia 2014

Polityka - nr 52 (2839) z dnia 2011-12-21; s. 84-87

Historia

Adam Krzemiński

Freud na kozetce

W ciągu stu lat psychoanaliza z paranauki stała się parareligią. Odsądzona już od czci i wiary, całkiem nie umarła.

Pielęgniarze wnoszą młodą kobietę do kliniki dla nerwowo chorych. Jej ciało pręży się w spazmach. Żuchwa wypada z zawiasów. Sabine Spielrein, rosyjska Żydówka, cierpi na histerię, dość powszechną wśród kobiet dobrze sytuowanych, ale niepewnych swego statusu. Lekarz siada za jej plecami, by się nie rozpraszała, i zaczyna leczenie rozmową. Jest 17 sierpnia 1904 r. w Zurychu. Tak się zaczyna film Davida Cronenberga „Niebezpieczna metoda”.

W czasie psychoterapeutycznej spowiedzi Sabine wyznaje, że w dzieciństwie ojciec ją bił, po czym kazał całować karzącą rękę. Była upokorzona i podniecona, co wywoływało w niej poczucie winy. Seksualne pożądanie nie przystało dobrze ułożonej panience. Terapia pomaga. Ale lekarz wpada w romans z pacjentką. Jako protestancki purytanin nie ma odwagi się rozwieść. Więc Sabina zmienia terapeutę na jego przyjaciela. Po czym przyjaźń obu panów się rozpada.

Banalna historia, gdyby nie to, że ci dwaj to Carl Gustav Jung i Zygmunt Freud – twórcy psychoanalizy. Po raz pierwszy spotkali się 3 marca 1907 r. i przegadali bez przerwy 13 godzin. Po raz ostatni widzieli się 8 września 1913 r. na kongresie w Monachium i nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Freud był oburzony na romans Junga. Natomiast Jung na to, że Freud jego byłej przyjaciółce podkradał psychoanalityczne pomysły, jak choćby ideę popędu śmierci.

Jednak ci dwaj rozeszli się nie dlatego, że Jung sypiał z pacjentką, a Freud nie, że Jung był szwajcarskim patrycjuszem, a Freud austriackim Żydem, ale dlatego – twierdzi John Kerr, autor opasłego studium o tym trójkącie – że obaj uprzytomnili sobie, iż jeśli psychoanaliza ma mieć cechy naukowej ścisłości, to od swych zwolenników muszą wymagać ślepego posłuszeństwa. Ale skoro mogły powstać dwie konkurencyjne szkoły psychoanalityczne, to żadna nie była nauką ścisłą, lecz tylko ciekawą hipotezą.

Nowa wiedza głosiła, że każdy ma niepowtarzalną psychikę, niezależnie od statusu społecznego i religii, że kierują nim ukryte traumy, wrodzone popędy i nabyte kompleksy, że tłumienie seksualności powoduje ataki histerii i że wydobycie na powierzchnię tłumionych marzeń jest warunkiem psychicznego zdrowia.

To było to nowe. Ludzie przez wieki swoje myśli i emocje uznawali za emanację duszy i widzimisię bogów, którzy poprzez szamanów i kapłanów podpowiadali, co robić, gdzie siać zboże, komu przekazać władzę i komu wypowiedzieć wojnę. Podświadomością Hektora i Achillesa była Hera lub Atena. Dla Żydów i chrześcijan sprawa była bardziej skomplikowana. Miejscem złego i dobrego była niewidzialna dusza. Dobra bronił anioł, do zła kusił także anioł – upadły. Wystarczyło jednak być posłusznym Bogu czy jego widzialnej postaci – Kościołowi, by być zbawionym. Półtora tysiąca lat trzeba było czekać na słowa o wewnętrznej wolności chrześcijanina. Piękne i straszne słowa Lutra i Kalwina stawiały człowieka sam na sam z wiarą i sumieniem.

Przed Freudem mechaniką psychiki zajmowali się starożytni ojcowie Kościoła, średniowieczni scholastycy, renesansowi humaniści i oświeceniowi filozofowie. Medycy z nadmiaru soków w ciele albo tylko z kształtu czaszki czytali charakter człowieka. Odkryli hipnozę jako wrota do duszy. Mierzyli odruchy warunkowe i bezwarunkowe. Ale wobec chorób psychicznych byli bezradni. Mogli oszołomić lub uspokoić chorego, ale nie potrafili go wyleczyć. Więc odbiegających od normy uważali za opętanych. Szaman lub egzorcysta odpędzał od nich złe duchy, a gdy w XIX w. rozniosło się, że być może Bóg jednak umarł, chorzy psychicznie zostali uznani za produkt degeneracji genetycznej. Z fatalnym skutkiem, coraz liczniejsi zwolennicy czystości rasy uznali ich za niewartych istnienia.

Psychoanaliza była zupełnie nowym projektem. Eli Zaretsky, autor „Sekretów duszy”, podkreśla, że była wytworem niemieckiej kultury XIX w., giętkiej dyscypliny języka niemieckiego, ówczesnego stanu medycyny, neurologii, archeologii i historii klasycznej, ale także niemieckojęzycznej kultury galicyjskich Żydów, ich specyficznego wyczucia seksualności, więzi rodzinnych, sceptycyzmu wobec autorytetów i humoru.

Jako pierwsza wielka teoria i praktyka życia osobistego psychoanaliza dobrze oddawała spleeny i lęki epoki. Migracja do wielkich miast rozluźniała patriarchalne struktury rodzinne. Masowa produkcja nakręcała indywidualną konsumpcję. Kanony kultury wysokiej były nastawione na wartości kolektywne – narodowe, socjalne, religijne, rasowe. Ale w sztukach Strindberga, Schnitzlera czy opowiadaniach Kafki już torowała sobie drogę nowa prywatność.

Freud trafił w nerw czasu. Językiem nauk ścisłych mówił o sprawach, o których wypadało milczeć – o seksie, onanii, impotencji. Równocześnie sięgał do antycznych mitów, znanych wówczas każdemu gimnazjaliście. Był doskonałym pisarzem, i tak też go zresztą odbierali współcześni, jak Tomasz Mann. Podobnie jak jego powieści, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]