POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 45-47

Świat

Marek OstrowskiClaude Bonard  [współpr.]

Front przepędza diabły

Le Pen ojciec piętnował gejów jako anomalię biologiczną i społeczną. Dziś zadeklarowany gej Florian Philippot jest szarą eminencją przy Marine Le Pen. I wmawia wyborcom: jesteśmy normalną, przyzwoitą partią.

Inaczej niż ekstremiści – Florian Philippot nie ma żadnych wariackich papierów. Przeciwnie. Przyszedł na świat w 1981 r., kiedy po ponad ćwierć wieku bezskutecznych starań do władzy doszła we Francji lewica. Jego rodzice, oboje nauczyciele, jak większość tej korporacji głosowali na socjalistę Mitterranda. Ojciec, dyrektor szkoły, wspominał z niekrytą dumą, że Florian w wieku 6 lat wybrał niecodzienny jak na swój wiek instrument muzyczny – waltornię, czyli róg, na którym pracowicie ćwiczył. Późniejszą pasją było oglądanie w weekendy telewizyjnego programu publicystycznego „7/7” ówczesnej gwiazdy dziennikarstwa Anne Sinclair, żony znanego socjalistycznego polityka Dominique’a Straussa-Kahna.

Rodzina żyła na tyle dostatnio, by synów (Florian ma starszego o 4 lata brata) przenieść ze zwykłej szkoły publicznej do prestiżowego liceum katolickiego. Bracia czuli się tam podobno ubogimi kuzynami wobec dzieci zamożnej burżuazji, lecz chcieli pokazać, że osiągną więcej niż inni. Chcieli skończyć najlepsze szkoły. I rzeczywiście, Florian, jako prymus, poszedł do elitarnego paryskiego liceum Ludwika Wielkiego na kurs przygotowawczy do Wyższej Szkoły Handlowej (HEC), którą ukończył. Padł potem na egzaminie na wymarzoną Science-Po, oblał też egzamin do ENA, Krajowej Szkoły Administracji, kuźni francuskich elit politycznych i biznesowych. Podjął pracę w instytutach badania opinii publicznej. W okresie 2004–09 był, jak wyznał kiedyś, „samodzielnym psychosocjologiem”, zarabiał na spłacenie pożyczki studenckiej, przeprowadzając sondaże na rozmaite tematy – od wizerunku kolei państwowych po obraz zagrożenia terroryzmem w Europie.

Praca mu się podobała, ale marzenie o ENA pozostało. „Chcę kiedyś zostać prezydentem kraju” – wyznał jednemu z przyjaciół. W końcu udało mu się tam zdać; jeden z egzaminatorów, czytając z podania informację o pracy dla sondażowni, postawił pytanie: „Jest pan merem miasteczka, ale pańskie rządy się nie podobają. Co pan robi?”. „Na pewno nie sondaże opinii” – odpowiedział Philippot, który dziś bez przerwy śledzi sondaże i od nich uzależnia strategię kampanii wyborczej.

Koledzy Floriana ze studiów wspominają, że bohaterem jego wyobrażeń był generał de Gaulle, piewca wielkości Francji, który nieraz narzekał, że rodacy nie dorastają do chwały kraju. Florian miał dwa ulubione tematy: dokonania generała i biadolenie nad „utratą suwerenności narodowej” z powodu członkostwa w Unii Europejskiej. Żartowano z jego obsesji, ale miał to w nosie. A realnym, żyjącym jego wzorem stał się minister Jean-Pierre Chevènement, jeden z założycieli Partii Socjalistycznej, przywódca tendencji (frakcji) suwerenistycznej. Philippot, z grupą studentów HEC, popierał jego kandydaturę na prezydenta, rozklejał nawet afisze w jego kampanii. Nawiasem mówiąc, Chevènement głosował potem na „nie” w referendum konstytucyjnym i był przeciw powrotowi Francji do struktur NATO.

Chevènement jako model mógł być wprawdzie enfant terrible Partii Socjalistycznej, biorąc bardziej jej prawą stronę, ale nie miał nic wspólnego z Jean-Marie Le Penem i jego Frontem Narodowym. Kiedy Le Pen ojciec stanął na czele Frontu w 1972 r., partia była zlepkiem nostalgików za Vichy i byłych kombatantów Algierii francuskiej. Dziś Philippot objaśnia, że zawsze był gaullistą: „Byłem nim przed FN, jestem we Froncie i będę gaullistą także jutro”. A trzeba przypomnieć, że dla Frontu Narodowego – zwłaszcza w okresie konwulsji postkolonialnych – de Gaulle był najgorszym wrogiem, a nawet przywódcą do odstrzału. Niemal dosłownie, bo we Froncie uczestniczyli byli żołnierze OAS, Organizacji Tajnej Armii, która montowała zamachy na de Gaulle’a; znany film „Dzień szakala” był tylko na wpół fikcją. Generała wyzywano od faszystów, a nawet bolszewików. Kiedy więc wkrótce po swym wyborze na wiceprezesa Frontu Narodowego Philippot udał się z kwiatami na jego grób, duża tradycyjna część skrajnej prawicy była zniesmaczona.

W poprzednich groźnych dla Francji wyborach prezydenckich – kiedy w drugiej, decydującej turze znalazł się Le Pen ojciec – cała Francja, prócz Frontu Narodowego, czyli 82 proc. wyborców, wystąpiła przeciw niemu. Philippot miał oddać głos nieważny, czyli nie opowiedział się po żadnej stronie. Czy była to tylko niezgoda na Chiraca (za popieranie planu euro), czy już flirt z Frontem?

Do FN zaprowadziły go znajomości. Philippot już jako enark, czyli absolwent ENA (nawiasem mówiąc, już nie w gronie prymusów), poznał konserwatywnego europosła, też enarka, niekryjącego swego homoseksualizmu, znacznie starszego od siebie pisarza Paula-Marie Couteaux, który zapraszał go na obiady i na weekendy. Nowy przyjaciel oficjalnie zabierał głos przeciw ruchom LGBT i jednopłciowym małżeństwom, a także przeciw aborcji i eutanazji. Choć wprowadził go do swojego kręgu i namawiał do budowania klasycznie prawicowej partii, Philippot chciał poznać Marine Le Pen, której hasła ekonomiczne i stosunek do euro robiły na nim wrażenie.

W 2009 r. w toku wyborów do Parlamentu Europejskiego Couteaux organizuje kolację dla Marine w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]