POLITYKA

Niedziela, 23 lipca 2017

Polityka - nr 28 (3118) z dnia 2017-07-12; s. 24-26

Społeczeństwo

Agnieszka Sowa

Gadu, gadu o depresji

Psychoterapia przez Skype’a albo Messengera? Mimo wątpliwości, czy to profesjonalne, w internecie aż gęsto od ofert.

Zaczęło się w Ameryce, gdzie internetowa terapia stała się po prostu modna. Bo taniej, wygodniej i nowocześniej. Do Polski pomysł przyszedł z konieczności, wraz z falą wielkiej emigracji, kiedy w ciągu kilku lat wyjechało około 2 mln osób. Ci, którzy potrzebowali pomocy, ze względów językowych i kulturowych nie byli w stanie uzyskać jej w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. – Większość naszych internetowych pacjentów to Polacy na emigracji – mówi Lidia Kowalska-Surowy, psycholog i psychoterapeutka, która w ośrodku Twój Czas od czterech lat prowadzi także terapię online. – Wyjazd z kraju, rozłąka z rodziną, przyjaciółmi, to sytuacja, w której łatwo np. o zaostrzenie stanów depresyjnych.

Komputer powiedział: to minie

To przytrafiło się Katarzynie, która zachorowała cztery lata temu, jeszcze w Polsce – i nie miała szczęścia do terapeuty. Była zaledwie po kilku miesiącach tradycyjnej terapii u polskiego psychiatry i psychoterapeuty we Wrocławiu, kiedy jej narzeczony dostał pracę w Wielkiej Brytanii. W planach był ślub i osiedlenie się na Wyspach albo, po kilku latach, powrót do Polski z pieniędzmi na mieszkanie. Lekarz Katarzyny nie zgodził się na terapię na odległość. Wypisał recepty, kazał wykupić leki na zapas i natychmiast znaleźć w Londynie polskojęzycznego psychiatrę i psychoterapeutę. Katarzyna uznała jednak, że nie stać jej na brytyjskie stawki i znalazła tańszą alternatywę. Najpierw bezpłatny czat grupowy, z psychologiem w roli moderatora, który zorientował się, że Katarzyna wymaga poważniejszej pomocy. Potem odpłatna psychoterapia: 50-minutowe wideosesje za 32 euro raz w tygodniu, co i tak wychodziło trzy razy taniej niż wizyta u specjalisty w Londynie.

Dopóki Katarzyna brała leki, jeszcze jakoś było. Ale zapas tabletek z Polski się skończył. Katarzyna czuła się coraz gorzej, psychoterapeutka z ekranu laptopa uspokajała: to minie. Nie mijało, za to – jak przed rozpoczęciem leczenia w Polsce – pojawiły się myśli samobójcze. W końcu narzeczony zawiózł Katarzynę na ostry dyżur do szpitala. Tam opanowano najpoważniejszą sytuację i bezwzględnie nakazano poszukać pomocy specjalisty. Narzeczony dwa razy w tygodniu chodził więc z Katarzyną do polskiego psychiatry, pilnował, by zażywała przepisane leki. A gdy najgorsze minęło (Katarzyna wciąż jeszcze bierze antydepresanty, w zmniejszonej dawce, kontynuuje psychoterapię), zainteresował się terapeutycznymi sesjami Katarzyny przez internet. Żona, bo zdążyli wziąć ślub, wszystkie kontakty do psychoterapeutki z internetu miała zapisane w laptopie. Okazało się, że strona internetowa zniknęła, nie ma też już nazwy użytkownika w komunikatorze.

Nie wiadomo, ilu pacjentów korzysta z internetowej terapii. Popyt jest tak duży, że coraz więcej terapeutów oferuje wyłącznie internetowe konsultacje, porady i terapię online. W realu już nie pracują, nie mają nawet swojego gabinetu. Zamiast wstępnego wywiadu pacjent wypełnia kwestionariusz na stronie – kilka, kilkanaście pytań. Czasem wystarczy po prostu wysłać formularz kontaktowy, zarezerwować 50 minut w grafiku, zapłacić kartą lub szybkim przelewem elektronicznym i wybrać formę pomocy.

Może to być konsultacja mailowa, czat z psychoterapeutą na Gadu-Gadu, Messengerze lub konsultacja online za pośrednictwem komunikatora wykorzystywanego do wideokonferencji, Skype’a albo VSee.

(Nie)bezpieczna sieć

Internet daje złudzenie anonimowości. Ludzie mają mniej oporów, by mówić o najintymniejszych sprawach, zapewne nie wiedząc, że wszystkie te treści należą do korporacji, które są właścicielami internetowych komunikatorów.

W internecie jeszcze trudniej jest zweryfikować kwalifikacje terapeuty. Już w realu nie jest to proste. Można (i wielu to robi) poprosić terapeutę o pokazanie certyfikatów, ale jeszcze trzeba wiedzieć, co one oznaczają. – Przydałyby się kursy dla pacjentów, żeby zorientowali się, jakie certyfikaty są wydawane psychoterapeutom i jaka jest ich rzeczywista wartość – mówi Zofia Milska-Wrzosińska z Laboratorium Psychoedukacji, psycholog, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. W Polsce wciąż nie ma ustawy o zawodzie psychoterapeuty, brak zatem jednego centralnego rejestru terapeutów i jednego kodeksu etyki. Sprawiające poważne wrażenie certyfikaty wydają niezliczone niszowe stowarzyszenia. Żeby świadczyć usługi psychoterapeutyczne, wystarczy zarejestrować indywidulaną działalność gospodarczą, zacząć przyjmować, potem założyć ośrodek, najlepiej specjalizujący się w jakiejś autorskiej metodzie. A przy ośrodku związane z nim personalnie stowarzyszenie non profit, propagujące taką właśnie metodę. Stowarzyszenie, jako instytucja zewnętrzna wobec ośrodka, może już certyfikować terapeutów. – Przecież jest tu wyraźny konflikt interesów – podkreśla Zofia Milska-Wrzosińska. – Certyfikować powinny niezależne komisje, niemające nic wspólnego z ośrodkiem szkolącym. Takie certyfikaty są rzetelne.

Ważną wskazówką dla pacjentów mogą być listy certyfikowanych terapeutów, publikowane przez istniejącą od 14 lat Polską Federację Psychoterapii, największą organizację zawodową w tej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]