POLITYKA

Sobota, 27 maja 2017

Polityka - nr 29 (2714) z dnia 2009-07-18; s. 46-48

Kultura

Janusz Wróblewski

Gangster wersja romantyczna

Czasy prohibicji zapisały się w kulturze masowej jako moment narodzin romantycznej legendy największych przestępców minionego stulecia. Ta legenda powraca w hollywoodzkiej ­superprodukcji „Wrogowie publiczni” Michaela Manna.

Wrogami publicznymi nazwano w latach 30. XX w. najgroźniejszych złoczyńców. Jako pierwszy użył tego terminu Frank J. Loesch, prawnik z wydziału ochrony porządku publicznego, ogłaszając w prasie nazwiska chicagowskich gangsterów z Alem Capone na czele. Potem przyjęło się tak określać wszystkich kryminalistów ściganych przez FBI w tamtym okresie. Wrogami publicznymi była m.in. słynna młoda para rabująca banki Bonnie Parker i Clyde Barrow, uwieczniona w kontrowersyjnej balladzie Arthura Penna „Bonnie i Clyde”. A także Katy „Ma” Barker, oskarżona o dowodzenie bandą porywaczy złożoną z jej synów, sportretowana w głośnym kryminale „Bloody Mama” Rogera Cormana. Oraz John Dillinger, nieuchwytny złodziej, najniebezpieczniejszy specjalista od okradania banków, ulubieniec opinii publicznej, którego krótka, lecz burzliwa biografia bywała wielokrotnie opisywana w sensacyjnych widowiskach, m.in. w „High Sierra” Raoula Walsha, „Dillingerze” Maxa Nossecka, „Młodości Dillingera” Terry’ego Morse’a i „Dillingerze” Johna Miliusa. W najnowszej, romantycznej apoteozie gangstera, nakręconej przez Manna, legendarnego rabusia zagrał przystojny Johnny Depp.

Wyciągając broń, wskakując do nowiutkiego błyszczącego Forda z obstawą, chroniąc się przed strzałami federalnych agentów, dowcipnie ripostując na słowne zaczepki policjantów, Depp nie gra psychopaty, lecz łagodnego, uprzejmego, emanującego seksapilem mężczyznę w stylu eleganckiego przedsiębiorcy, który z pewnością miałby szansę zajść bardzo wysoko. Pech polega na tym, że otacza się niewłaściwymi ludźmi: bandziorami, prostytutkami, zdrajcami. Oprócz nielojalnych kompanów zagraża mu chicagowski gang dowodzony przez Franka Nittiego, nie wspominając już o posługujących się mafijnymi metodami agentach FBI, nasłanych przez szefa biura śledczego Johna Edgara Hoovera. I to oni razem do spółki: wszelkiej maści degeneraci oraz bezwzględni stróże prawa, zostają przewrotnie wciągnięci przez reżysera na tytułową listę wrogów publicznych, walczących przeciwko inteligentnemu zabójcy, który w końcu pada ofiarą „damy w czerwieni”, rumuńskiej imigrantki prowadzącej burdel w Chicago. Kobieta zgadza się go wydać, unikając w ten sposób deportacji.

Mann mitologizuje świat bezprawia, przypisując mu cechy piękna, dobra, szlachetności – podobnie jak Barry Levinson w „Bugsy” lub Sergio Leone w „Dawno temu w Ameryce”. Fascynuje go grzeszne połączenie zbrodni i elegancji, czemu daje wyraz w poetycko-dokumentalnym sposobie realizacji. Stroje w jego filmie są wytworne, wnętrza wystylizowane, z luf pistoletów obowiązkowo unosi się dym, polujący na Dillingera agenci wyglądają na zdeterminowanych twardzieli. Na naiwne pytanie kochanki, do czego dąży, Depp uwodzicielskim tonem odpowiada: chcę wszystkiego i to zaraz. Nie wydaje się wówczas odrażającym typem, który w ciągu 13 miesięcy zastrzelił kilku policjantów, okradł dwa tuziny banków, napadł na cztery komisariaty i dwukrotnie uciekł z więzienia. Jest samotnym rycerzem, otoczonym wrogą, mroczną rzeczywistością.

Wskrzeszając romantyczny mit gangstera Mann nie dodaje niczego szczególnego od siebie. Opowiadając znaną powszechnie historię, nasyca ją elegijnym tonem. Skoro wiadomo, jak się to wszystko kończy, tworzy coś w rodzaju przestępczej pasji. Pytanie tylko po co? Z tego m.in. powodu amerykańska krytyka nie była zachwycona filmem, chwaląc go jedynie za walory warsztatowe. Pisano o straconej szansie powiedzenia czegoś ciekawego o człowieku, który rozpoczynał karierę od kradzieży samochodów i drobnych włamań do sklepów w rodzinnym Indianapolis. A skończył zastrzelony w spektakularny sposób przez agentów FBI, gdy miał zaledwie 31 lat.

Scenariusz „Wrogów publicznych” powstał na podstawie dobrze udokumentowanej monografii Bryana Burrougha, opublikowanej pięć lat temu, zawierającej szeroką panoramę losów Pretty Boy Floyda, Baby Face Nelsona oraz całej przestępczej menażerii złotej ery. Autor „Gorączki” i „Miami Vice” wolał jednak skupić się tylko na popularnej postaci Dillingera. Eliminując w zasadzie tło. Podobnie jak wielu innych przed nim filmowców, nie zadając głębszych pytań, skąd się to wszystko wzięło i dlaczego akurat wtedy. Wcale nie mniej ciekawych od wyczynów zdradzonego gangstera.

Chicago było wówczas jednym z najszybciej rozwijających się gospodarczo miast w Stanach. Ciągnęły tam legiony imigrantów spragnionych pracy i szybkiego wzbogacenia się. Głównie niewykształconych Włochów z biednego Południa, Sycylii oraz Polaków. Większość tolerowała gry hazardowe, prostytucję, nielegalny handel, pijaństwo, a zwłaszcza korupcję, postrzeganą nie jako występek, tylko oznakę przynależności do lepszego świata. Próby ukrócenia tych niecnych praktyk napotykały opór i tłumaczenie, że przecież wszystko jest dla ludzi. Właściciele salonów, hazardziści, przemytnicy mieli swój sposób na podtrzymanie bezprawia. Wystawiali w wyborach sprzedajnych polityków, którzy z reguły zyskiwali poparcie robotniczego elektoratu.

Na początku XX w. Chicago cieszyło się sławą najbardziej skorumpowanego i niemoralnego miejsca w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]