POLITYKA

Czwartek, 22 czerwca 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 29-31

Społeczeństwo

Artur Domosławski

Gdy Polacy byli gościnni

Rozmowa z Dionisiosem Sturisem, dziennikarzem, potomkiem greckich uchodźców, autorem książki „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”, o tym, dlaczego staliśmy się ksenofobami

Artur Domosławski: – Dionisios Sturis to raczej niespotykane imię i nazwisko Polaka. Skąd się wzięło?
Dionisios Sturis: – Mama Polka wybrała imiona dla mojego starszego rodzeństwa, a w moim przypadku zadecydował ojciec – Grek. Dostałem więc imię po greckim dziadku. Dziadek był uchodźcą i razem z całą rodziną znalazł się w Polsce po tym, jak w Grecji skończyła się wojna domowa.

Czyli kiedy?
Wybuchła tuż po zakończeniu okupacji hitlerowskiej i trwała do 1949 r.

Kto z kim walczył?
Prawicowy rząd wspierany przez Wielką Brytanię i Amerykanów walczył z komunistyczną partyzantką, która wyrosła na potęgę w latach okupacji.

Dziadkowie musieli uciekać, bo...?
Żołnierze strony rządowej tak dotkliwie pobili moją babcię, że prawie straciła ciążę (mojego ojca). Powód: jej bracia walczyli w szeregach komunistycznej partyzantki, a ona nosiła im nocami jedzenie. W obawie przed dalszymi represjami cała wioska ewakuowała się do Jugosławii. Sturisowie i reszta wierzyli, że gdy tylko skończy się wojna, będą mogli wrócić do domów. Stało się inaczej. Komuniści przegrali i nie mogli liczyć na litość ze strony zwycięzców, którzy szybko uruchomili machinę represji. Ludzi lewicy czekały procesy pokazowe, kara śmierci, wieloletnie więzienia, zsyłka do obozów na wyspach czy odebranie obywatelstwa. Jedyną alternatywą było uchodźstwo. Na życie poza Grecją zdecydowało się ponad 60 tys. osób.

W Polsce prawie nic nie wiemy o tamtej wojnie, za to o hiszpańskiej wiemy całkiem sporo. Pewnie dlatego, że Grecy nie mieli swojego Hemingwaya.
Korespondenci wojenni jeszcze kończyli swoje depesze z frontów II wojny światowej, gdy Grecy brali się między sobą za bary. Kogo by zajmował jakiś lokalny konflikt? Nikt wtedy nie myślał, że oto rusza pierwsze starcie w ramach zimnej wojny. Z jednej strony prawica i monarchia jawnie wspierane przez Brytyjczyków i Amerykanów, z drugiej – komuniści, którzy mieli aspiracje do przejęcia władzy, bo w czasie okupacji niemal samodzielnie walczyli z Niemcami, Włochami i Bułgarami. Stalin nie chciał otwarcie wspierać greckich towarzyszy, ponieważ uznał, że to strefa wpływów brytyjskich, ale przekonał do pomagania Grekom kolegów z Kominformu [biuro koordynujące działania partii komunistycznych bloku wschodniego], w tym także Bolesława Bieruta.

To Polska Ludowa miała coś wspólnego z grecką wojną domową?
A owszem! Udział Polski w greckiej wojnie domowej jest niemal zupełnie nieznany. Tymczasem wysyłaliśmy greckim komunistom tony żywności, broni i sprzętu wojskowego. Transporty szły statkami i samolotami. Wydaliśmy na to 15 mln dol., czyli 9 proc. rocznego budżetu wojska. Polscy historycy nie zainteresowali się tym.

Bo to „komunistyczna wojna domowa”?
Nie mam wątpliwości, że tak.

I to z powodu polskiej pomocy twoi dziadkowie wybrali Polskę jako kraj azylu?
Polska, poza tym, że wysyłała do Grecji karabiny, moździerze i miny, zgodziła się też na inne formy pomocy. Przyjęliśmy 2 tys. rannych partyzantów, dla których utworzyliśmy specjalny szpital w Dziwnowie oraz daliśmy schronienie blisko 4 tys. dzieci ewakuowanych z terenów walk. W tej grupie znalazła się moja kilkuletnia ciotka Kiriaki i jej starszy brat Joanis. Babcia wsadziła ich do pociągu, licząc, że gdzieś w tej dalekiej Polsce jej dzieci będą bezpieczne, dostaną jeść i pójdą do szkoły.

Dziadkowie z moim ojcem trafili zaś do Czechosłowacji. Takich rodzin, rozdzielonych między różne kraje naszego bloku, było wiele. W archiwach znalazłem dramatyczne listy rodziców, którzy pisali do partyjnych Komitetów Centralnych i błagali o zgodę na połączenie z dziećmi. W całej operacji pomógł w końcu Czerwony Krzyż i tak Sturisowie, żeby móc scalić rodzinę, przenieśli się do Polski, a konkretnie do Chojnowa, niedaleko Legnicy. Na całym Dolnym Śląsku było już wtedy wielu Greków.

Ilu przyjechało?
Blisko 14 tys. osób, bo do rannych i dzieci po wojnie dołączyli też pokonani bojownicy.

Jak się czuli w tym nowym, zrujnowanym wojną kraju?
Kierowca autobusu, który woził uchodźcze dzieci ze Szczecina do ośrodka wychowawczego w Policach, na końcowym przystanku wołał: „Kanada, wysiadać”. Że niby greckie i macedońskie sieroty opływają w luksusy.

A opływały?
To był mit, bo w ośrodku żyło się skromnie. Dzieci same uprawiały ogród warzywny, a starsza młodzież dorabiała w okolicznych PGR w czasie żniw czy wykopków. Podobne przypadki niegroźnej złośliwości ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]