POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 16-18

Kraj

Jacek Żakowski

Ginące plemię

Na całym świecie czytelnictwo gazet spada, a ich jakość się pogarsza. To nie jest tylko zmartwienie dziennikarzy.

Jeszcze mam pracę. Ale jako zatrudniony, piszący w miarę poważnie, dziennikarz należę do ginącego plemienia. Z komunikatów wydawców i nadawców wynika, że w Polsce, od początku kryzysu, pracę straciło lub niebawem straci około 2 tys. dziennikarzy. To blisko 20 proc. z około 12 tys. formalnie zatrudnionych.

Maciej Hoffman, dyrektor Izby Wydawców Prasy, sądzi, że straty są większe. Bo w komunikatach często nie uwzględnia się „dobrowolnych odejść”, „przejść na emeryturę”, rozwiązywanych lub wygasających kontraktów (na których zatrudniona jest znaczna część dziennikarzy) czy rozstań ze współpracownikami. Hoffman ocenia, że podczas tego kryzysu w mediach drukowanych ubyło między 20 a 30 proc. dziennikarskich miejsc pracy. Jest to odpowiedź wydawców na średnio 10-proc. spadek sprzedaży i średnio 30-proc. spadek wpływów reklamowych.

Jeśli się pamięta, że nie wszyscy informują o zwolnieniach, i dziennikarzy ubyło już w czasie recesji na początku dekady, można sobie wyobrazić skalę pustki powstającej w redakcjach. Zwłaszcza że nie wszyscy zwalniają. „Polityka” na przykład nie zwalnia, a nowy szef TVN w liście do pracowników zapewnił, że zwolnień nie będzie. Jak to dokładnie wygląda, w zwalniających tytułach dowiedzieć się jednak nie sposób. Z prywatnych informacji wynika, że pod rosnącą ekonomiczną presją redakcje rezygnują głównie z najdroższych stanowisk, czyli tych, na których mozolna praca owocuje krótkimi, niekoniecznie sensacyjnymi informacjami. Przykładem jest dziennik „Polska”, który – jak wiadomo z mniej i bardziej oficjalnych doniesień – zamknął dział kultury i ograniczył inne działy informacyjne, a zatrudnił płodnych publicystów z likwidowanego „Dziennika”.

W ten sposób redakcja może się zbliżyć do obowiązującej w siostrzanych niemieckich pismach normy, przewidującej, że każdy dziennikarz zapełnia codziennie kolumnę (czyli gazetową stronę). Dziennikarz informacyjny nie miałby takiej szansy. Chyba że przepisywałby agencyjne depesze, co coraz częściej ma miejsce. Publicysta komentujący cokolwiek jakkolwiek może takim wymaganiom sprostać. Zwłaszcza gdy redakcja doda wielki tytuł i duże agencyjne zdjęcie.

Nie jest to nasz lokalny problem. W USA, gdzie funkcjonuje poświęcony zwolnieniom w mediach blog Newspapers Cut, 2008 r. przyniósł zmniejszenie liczby piszących dziennikarzy o 16 tys., a w pierwszej połowie 2009 r. prasa straciła ponad 10 tys. miejsc pracy. Redakcje pustoszeją, gazety znikają albo chudną w oczach i gwałtownie szukają inwestorów oraz źródeł dochodu. Amerykańska prasa (podobnie jak polska) likwiduje nie tylko zagraniczne placówki, ale nawet biura korespondentów w Waszyngtonie.

Wygląda więc na to, że realizuje się czarny scenariusz, przewidujący, iż na początku XXI w. media drukowane trafią do grupy branż schodzących, jak górnictwo czy stocznie. Nawet jeżeli biznesowo nie jest to dla części wydawców problem, bo nie cała branża cierpi jednakowo, a przyszłość rozrywkowej prasy nie wydaje się zagrożona cywilizacyjnie, to zanikanie prasy jakościowej jest problemem.

Cyfrowy pasożyt

W większości krajów ludzie kupują coraz mniej poważnych dzienników i tygodników. Na przykład łączny nakład trzech największych w Polsce tygodników opinii („Newsweeka”, „Polityki” i „Wprost”) spadł w ciągu dekady z mniej więcej 800 do niespełna 400 tys. egzemplarzy. Mimo wielkich inwestycji, akcji promocyjnych i dodatków, podobnie jest na rynku poważnych dzienników. Za tym idą cięcia reklamowe: udział dzienników w reklamowym torcie spadł znacznie poniżej 10 proc. Więc prasa ubożeje i się zwija. Upadek i fuzja „Dziennika”, kłopoty „Polski”, tonięcie „Wprost”, dryfowanie i zmiana właściciela „Przekroju”, drastyczne cięcia w „Gazecie” i „Rzeczpospolitej”, coraz trudniejsza wegetacja „Tygodnika Powszechnego” to groźne oznaki kryzysu sztandarowych kiedyś mediów jakościowych, które miały i mają ambicję opisywania rzeczywistości politycznej, społecznej i ideowej, i to mimo wszystkich różnic między nimi.

Socjologowie, ekonomiści, medioznawcy spierają się o przyczyny upadku poważnej prasy. Hedonistyczna kultura sprawia, że wysiłek czytania dla coraz większej grupy staje się nadmierny. Portale, radia, telewizje informacyjne są szybsze niż prasa. Wystarczy śledzić je jednym okiem czy uchem, by mieć wrażenie, że jest się poinformowanym. Telewizja stworzyła syntezę rozrywki i dziennikarstwa, dającą pozór udziału w debacie publicznej. Ale media drukowane też są sobie winne, bo ratunku szukają w oszczędnościach i rozrywkowej formie, co sprawia, że ich przewaga nad elektroniczną konkurencją maleje, a w atrakcyjności formy i tak ich nie prześcigną.

Można by na to machnąć ręką, gdyby media elektroniczne przejmowały funkcje poważnej prasy drukowanej. Ale tak się nie dzieje. Zeznając przed amerykańskim Kongresem, były reporter prestiżowego „The Baltimore Sun” i twórca słynnego serialu „The Wire” w HBO David Simon ujął rzecz dosadnie: „...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Straty w ludziach

Niektóre większe zwolnienia i zapowiedzi zwolnień od początku kryzysu:

Agora – ok. 400 osób

Eurozet – 22 osoby

Infor – 33 osoby (po przejęciu „Dziennika” związki przewidują zwolnienie jeszcze ok. 100)

Polsat News – 20 osób

Polskapresse – ok. 70 osób

Presspublica – ok. 150 osób

Puls TV – ok. 150 osób

TVP – ok. 200 osób w ramach dobrowolnych zwolnień – ok. 500 (wg innych informacji 400) osób ma jeszcze być zwolnionych lub odejść

Dane częściowo nieoficjalne oraz wg informacji Pressserwis