POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 38-39

Społeczeństwo

Marta Mazuś

Głowa, serce, ręce, zdrowie

Żeby dać sobie radę z biedą, potrzeba sporo determinacji albo sprytu. Gdy mieszka się w Wałczu, potrzeba jeszcze Stefanii Ludwiczak.

Stefania najlepiej się czuje, gdy wcale jej nie widać. Gdy nikt nie zauważa, jak ze swoją blond czupryną drepcze po ulicach Wałcza, załatwiając cudze sprawy. Najlepiej, gdy wszyscy myślą, że to się tak samo dzieje. Na śmietniku przy bloku zawisła torba z jedzeniem dla kobiety, która żywi się tym, co znajdzie na ulicy. Bezdomny mężczyzna z łuszczycą wreszcie kupił sobie maść i poczuł ulgę, bo nie swędzi go skóra. Kilkadziesiąt wałeckich dzieci przez ostatnie lata wyrosło na przyzwoitych ludzi. Samotna staruszka mieszkająca z kotem miała tego dnia do kogo się odezwać. No i jeszcze niepełnosprawna Ania z niepełnosprawną mamą Elą dostały zebrane od wałczan parę złotych na leki.

24-letnia Ania to obecnie największe zmartwienie 77-letniej Stefanii, emerytowanej polonistki, a zarazem jednoosobowej i nieformalnej instytucji w Wałczu, która ostatnie kilkadziesiąt lat spędziła na łagodzeniu innym niesprzyjających okoliczności życia i która mimo usilnych prób kamuflażu, jest w całej okolicy bardzo dobrze znana. Właściwie tylko o Ani Stefania mogłaby teraz mówić. Bo taka młoda, po dwóch operacjach mózgu, niedowład prawostronny, niedawno zabrana przez ZUS renta i na przeżycie ma od państwa równe 153 zł. Tym razem jednak kolejność będzie odwrócona. Zanim o Ani, najpierw będzie o Stefanii, czyli o tym, jak w niedużym mieście w północno-zachodniej Polsce ci, którzy sami nie mają zbyt wiele, pomagają jeszcze biedniejszym od siebie.

Bomba uderzyła w dom, sufit spadł na podłogę, musiały w piątkę przenieść się do stajni. Babcia, ciotka, mama, przy piersi mamy siostra i ona, 3-letnia Stefania, dla której miejsce do spania znalazło się w końskim żłobie. To było w mieście Buczacz, dzisiejsza Ukraina.

Zostawiły je za sobą w 1945 r., odjeżdżając do Niemiec w bydlęcym wagonie. Nie wiadomo skąd nagle pojawił się człowiek. Nie wiadomo skąd – worek fasoli. I za ten worek i dzięki temu człowiekowi uciekły z pociągu. Nocowały w stogach siana, w lepiankach, a żołnierz ukradł im ostatnią pierzynę. Ale udało się, dotarły do wsi Łączki Brzeskie niedaleko Mielca i tam mama z ciocią, przedwojenne nauczycielki, założyły szkołę.

Stefania z siostrą Ewą, niby z inteligenckiej rodziny, ale jak wszyscy biegały po wsi na bosaka, uczyły się z całą klasą z jednego podręcznika. Tego ubranka nie kupimy, mówiła czasem mama, i potem Stefania z Ewą już rozumiały dlaczego – kolejne głodne dziecko z sąsiedztwa jadło u nich obiad. I nawet gdy w latach 50. przenieśli się do Wałcza, mama nie porzuciła swoich dawnych przekonań i krzywo patrzyła na nauczycielkę Stefanii, która na imieniny zapraszała z klasy dzieci, ale tylko te z dobrych, inteligenckich domów.

Stefania nie miała więc za bardzo innego wyjścia w życiu. Zawsze wiedziała, że będzie wiejską nauczycielką. Ale wiejska nauczycielka i miejska nauczycielka to było kiedyś coś zupełnie innego.

Co, znowu posady nie dali? – mówili z politowaniem wąsaci kierowcy pekaesu, gdy mijał kolejny rok, a Stefania, zamiast do centrum miasta, jak inni porządni ludzie, jechała co rano do pracy w zupełnie odwrotną stronę. Nie mogli zrozumieć, jak z własnej woli można się babrać w wiejskich problemach.

W Dolaszewie nikt nie chciał pracować. Kobiety tam piły. Szły w pole, a małe dzieci przywiązywały do nogi od stołu. Stefania chodziła po wsi i tłumaczyła, że tak się nie robi.

W Gostomi rodzina z ośmiorgiem dzieci. Matka o najmłodszym mówiła, że go nienawidzi, a najstarszemu kazała okradać piwnice. Stefania przychodziła sprawdzać, czy mają w domu gdzie odrobić lekcje.

Pisała za ludzi podania do gminy. Tłumaczyła, żeby nie bić dziecka, które pisze lewą ręką. Przytulała, bo niektóre dzieci tak potrzebują dotyku, a wtedy nikt jeszcze nie tropił dotyku złego. Organizowała wycieczki – pytali po co, przecież wszystko teraz jest w telewizorze? Jedna z matek w końcu dała się namówić i pojechała z klasą jako opiekunka. 36 lat. Rozpłakała się, bo po raz pierwszy w życiu zobaczyła morze.

Aż w końcu Stefania trafiła do Mirosławia. Szkoła mieściła się w zawilgoconej piwnicy. Jeszcze rok i sanepid zakazałby wstępu. Więc Stefania ruszyła w Polskę. Trochę dał prof. Henryk Samsonowicz, trochę Aleksander Kwaśniewski, Marek Borowski i tak wspólnymi ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]