POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 23 (2301) z dnia 2001-06-09; s. 17

Wydarzenia

Jagienka Wilczak

Gołe ściany

Freski Brunona Schulza nielegalnie wywieziono z Ukrainy

W lutym tego roku reżyser Beniamin Geissler odkrył na ścianach prywatnego mieszkania w Drohobyczu freski. Polscy i ukraińscy historycy sztuki stwierdzili bez wątpienia, że ich autorem jest Bruno Schulz. Geissler otrzymał obietnicę władz Drohobycza, że będą strzec malowidła i nie dopuszczą do niego nikogo, zwłaszcza dziennikarzy. Aż do czasu, gdy nakręci swój film „Znaleźć obrazy”. W budynku miało powstać muzeum Schulza. Wcześniej jednak przyjechali do Drohobycza przedstawiciele instytutu Yad Vashem, wycięli ze ściany część fresków i wywieźli do Jerozolimy.

Elita miasta wciąż jest w szoku: – To historyczne przestępstwo przeciw polsko-żydowsko-ukraińskim Kresom – mówi o kradzieży dzieła Brunona Schulza prof. Dora Katsnelson, filolog, badaczka Mickiewicza i Schulza. I dodaje, że stało się to z aprobatą władz lokalnych, które dyskredytują twórczość artysty. Bo pisał po polsku i był Żydem. Storpedowano budowę pomnika Schulza, gdyż zdaniem władz nie warto stawiać pomników obcym, skoro nie mają ich jeszcze swoi.

– Istnieje realne zagrożenie, że zniknie także reszta tego unikalnego malowidła, bo zabierając freski przedstawiciel Yad Vashem zapowiedział, że po nie wróci. Dlatego wystąpiliśmy do milicji o ustanowienie ochrony domu, willi Landaua oraz mieszkania Kałużnych, gdzie na ścianie spiżarni odnaleziono freski – opowiada Igor Meniok, wicedyrektor Centrum Kultury i Sztuki Sputnik w Drohobyczu.

Obok willi nr 14 przy ul. Tarnowskiego zwanej willą Landaua (Feliks Landau był szefem gestapo w Drohobyczu) nie ma milicji, ochrony ani gapiów. Piękną kiedyś budowlę zdołał naruszyć ząb czasu. Właścicielka mieszkania na piętrze starczym, trzęsącym się, płaczliwym głosem mówi przez zamknięte drzwi, że chce mieć spokój; ona i mąż są schorowanymi ludźmi. Że to prywatny dom, nie muzeum, że nikogo nie wpuści bez zgody władz.

Jak to się stało, że 19 maja wpuściła przedstawicieli Yad Vashem? Jewgenij Winogradow uważany za czołowego opozycjonistę rozmawiał z Kałużnymi kilka dni temu. Korzystając z dawnej znajomości był w mieszkaniu, widział ogołocone ściany spiżarni, nagrał godzinną rozmowę z gospodarzami. Opowiadają, że tego dnia przyszli Taras Metyk, wicemer Drohobycza, i Mykoła Mychać, szef wydziału kultury, w towarzystwie trzech mężczyzn. Zostali wpuszczeni: taka była umowa, że wpuszczać można tylko władzę. Goście udali się wprost do spiżarni. Wkrótce przedstawiciele merostwa wyszli, a trzej mężczyźni pozostali. Dwaj pracowali w spiżarni, a trzeci rozmawiał z gospodarzami po ukraińsku. Przedstawił się jako Mark Schrayberman, pochodzący ze Lwowa Żyd, pracownik Yad Vashem. Wyjaśnił, że właśnie tam powinny się znaleźć freski Schulza. – Uwierzyliśmy, że najlepszym miejscem dla malowideł będzie muzeum w Jerozolimie – bezradnie przyznają właściciele mieszkania. Na prośbę Schraybermana napisali i podpisali oświadczenie, że oddają bezpłatnie pięć malowideł ze ścian swej spiżarni instytutowi Yad Vashem. Jako odbierający dar podpisał się też Schrayberman. – Obiecał, że będzie tam tabliczka z naszym nazwiskiem – mówi Kałużny. Pytany o pieniądze dodaje, że otrzymał 100 dolarów na pokrycie kosztów sprzątania.

Pięć malowideł stanowi całość dzieła Schulza. Schrayberman zabrał dopiero część, usprawiedliwiając się, że miałby zbyt duży bagaż. Stąd wniosek, że posiadając akt darowizny zechce wrócić po resztę.

Rzeczniczka Yad Vashem nie tylko potwierdza wersję, że to przedstawiciele władz miasta Metyk i Mychać przyprowadzili Schraybermana do mieszkania Kałużnych. Jej zdaniem mer Drohobycza już w marcu podczas pierwszej wizyty Schraybermana w mieście wyraził chęć i gotowość ofiarowania fresków nowemu oddziałowi sztuki w Yad Vashem. To władze miasta poinformowały wkrótce potem instytut, że freski są nadal własnością prywatną, należą do właścicieli mieszkania i mogą oni zrobić z nimi, co zechcą. Ponadto że władze pomogły w wywiezieniu fresków dostarczając Schraybermanowi materiałów potrzebnych do ich zapakowania. Że mer wystosował pismo do władz instytutu wyrażając radość z nawiązanej owocnej współpracy.

Mykoła Mychać, szef wydziału kultury, mówi, że od tego zamieszania już boli go głowa. Ta sprawa przerosła kompetencje władzy w Drohobyczu. Jego zdaniem winę za to, co się stało, ponoszą urzędnicy we Lwowie i w Kijowie. – Przez cztery miesiące prosiliśmy ministerstwo kultury o pomoc i nic nie zrobiono.

– Nie było oficjalnego dokumentu stwierdzającego, że są wpisane na listę zabytków, że są dobrem ogólnonarodowym, dziedzictwem kultury – mówi. Dodaje, że mer zabiegał o to, gdyż właściciele mieszkania usilnie prosili, żeby ich uwolnić od malowideł w spiżarni, które od dnia odkrycia stały się ich utrapieniem. Mówili: – Zabierzcie sobie freski, bo chcemy spokoju we własnym domu. Jeśli nie, to je zniszczymy, zamalujemy, żeby się od nich uwolnić, żeby móc spokojnie umrzeć we własnym domu. Ale miasto nie miało pieniędzy na przekwaterowanie właścicieli do innego locum ani na wykupienie mieszkania.

– Nie mieliśmy pojęcia, że Schrayberman zechce zabrać freski do Izraela – usprawiedliwia się Mychać. To przecież nie był obraz, który można zdjąć z gwoździa, lecz malowidło ścienne. Tymczasem goście nalepili na nie kalkę i po 48 godzinach wycięli mur aż do cegły. – Oszukali nas wszyscy – kaja się Mychać. 25 maja zatelefonował do niego Alfred Schrayer, jeden z żyjących uczniów Schulza i stwierdził: – Czy wiecie, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]