POLITYKA

Niedziela, 23 kwietnia 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 68

Kultura

Jarosław Klejnocki

Gra w powieść

Naszą kolekcję kończymy książką „Tylko Beatrycze” Teodora Parnickiego, który mawiał o swojej pracy pisarskiej, że jest przekuwaniem historii w literaturę.

Parnicki traktował swą twórczość nie jako prozatorską próbę opisania dziejów bądź – jak u Sienkiewicza – wpisanie przygód fikcyjnych herosów w ogólnie znane wydarzenia, lecz jako czystą kreację, swobodnie rozpiętą nad historyczną perspektywą. Swój program pisarski Parnicki sformułował już w latach 30. XX w. i konsekwentnie wcielał go w życie oraz radykalizował w każdej kolejnej książce. Punktem wyjścia dla pisarza jest niewiara w obiektywne odtworzenie prawdy historycznej ponad to, co zawierają suche daty zdarzeń. Sfera dawnych ludzkich emocji i motywacji, kulisy wydarzeń historycznych itd. są, wedle Parnickiego, jedynie mniej lub bardziej wiarygodną spekulacją, interpretacją. Ten swoiście rozumiany relatywizm pozwala autorowi „Tylko Beatrycze” na swobodną grę wyobraźni, która nie tyle stara się historię zrekonstruować, co właśnie ją stworzyć. Będzie to na przykład polegało na snuciu wątków fantastyczno-historycznych (jak w „Muzie dalekich podróży”, gdzie opisuje fikcyjną perspektywę historii Europy po zwycięstwie Polaków w powstaniu listopadowym i odzyskaniu przez nas niepodległości) czy na wprowadzeniu psychoanalizy do charakterystyki powieściowych postaci z dawnych stuleci.

Tak właśnie jest w „Tylko Beatrycze”, powieści, która – jak powiada Małgorzata Czermińska – aż kusi, by uznać ją za typową dla dorobku pisarza.

Obecne są tu przejrzyste historyczne przestrzenie: intryga osnuta jest wokół spalenia mnichów cysterskich w miejscowości Mochy (w 1309 r.), zdarzenia przenoszą się do Awinionu, gdzie rezyduje papież Jan XXII, w opowieściach licznych postaci pojawią się rozmaite wyprawy „od Tartarii do Islandii”, obecne są konteksty skrytobójczego mordu króla Przemysława II.

Głównym bohaterem jest były mnich Stanisław, bękart, wracający po latach podróży do swych cysterskich braci w Mochach, by – w dramatycznych okolicznościach (zbuntowani chłopi chcą klasztor spalić) – podjąć desperacką próbę odkrycia, kto jest jego prawdziwym ojcem. Jest przy tym postać Stanisława nie tyle kolejnym wcieleniem mitu o Telemachu, ile raczej jego przeciwieństwem: były mnich chce się bowiem zemścić za lata upokorzeń w zakonie i liczne cierpienia za życia. Ale jest tu też wątek niemalże sensacyjny – to właśnie Stanisław był niegdyś wysłany z tajemną (i ostatecznie nieudaną) misją ostrzeżenia króla przed zamachem. A także wątek – chyba naczelny – idealnej (a więc pełnej złudzeń) miłości do księżniczki Rychezy, którą Stanisław napotkał w swych peregrynacjach. Stąd też i tytuł powieści, zaczerpnięty ze znanego wiersza Jana Lechonia: „Nie ma ziemi ni nieba, otchłani ni piekła –/Jest tylko Beatrycze... i jej także nie ma”. Jest to bowiem historia niespełnionej, jednostronnej miłości, zbudowanej na fałszywych przesłankach (Rycheza nie zdaje sobie sprawy z istnienia Stanisława), a może w ogóle paraboliczna przypowieść o roli złudzeń w życiu ludzkim, która oszałamiającymi nawiązaniami wpisuje się zarówno w fabułę Dantejskiego poematu, jak i w mistyczną chrześcijańską legendę poszukiwania św. Graala.

I jest to wreszcie opowieść o sile, ale i słabościach literatury, czy sztuki w ogóle. Stanisław, twórcza dusza, marzy o wyśpiewaniu swego uczucia tekstem porównywalnym do „Boskiej komedii”, ale nie może tego uczynić choćby dlatego, że XIV-wieczna polszczyzna, którą włada, nie jest jeszcze zdolna unieść takiego zadania.

Psychiczne i uczuciowe męki odrzuconego niegdyś dziecka, kompleksy zrodzone z niezrealizowanych ambicji, wyniszczająca platoniczna miłość, a wreszcie odkrycie prawdy, że ludzka jednostka pozostaje zazwyczaj przedmiotem, a nie podmiotem zdarzeń (politycznych, społecznych) – oto główne warstwy tej powieści.

Wszystko to opowiedziane jest iście awangardowymi metodami. W powieści nie ma narratora (to częsty zabieg u Parnickiego), obcujemy – jakby w teatrze – jedynie z dialogami (wypowiedzi postaci miewają po kilka stron!), czasy narracji bywają pomieszane, „akcja” toczy się niejednokrotnie na granicy jawy i snu (marzeń bohaterów, ich wewnętrznych rozmów z samymi sobą itd.). Na dodatek znajdujemy w tekście rozmaite aluzje literackie (także do tekstów współczesnych!), ukryte cytaty, erudycyjne konteksty. Takie ujęcie staje się wyzwaniem dla czytelnika, który musi dokonać niejako dopełnienia lektury we własnym zakresie, włożyć w nią samodzielny wysiłek interpretacyjny.

Dzięki grom powieściowym Teodora Parnickiego, dzięki literackości świata tych książek uznano swego czasu autora „Srebrnych orłów” za pisarza trudnego – ba! – postmodernistę nawet. Znawcy rzeczy – jak choćby Krzysztof Uniłowski – doradzają jednak ostrożność, proponując nazywanie pisarstwa Parnickiego innowacyjnym, antycypującym dopiero postmodernistyczne rozwiązania. Dostrzegano też w metodzie autora „Tylko Beatrycze” powinowactwo do rozmaitych eksperymentów bliskich latynoamerykańskiej prozie spod znaku realizmu magicznego (co nie jest do końca nieuzasadnione – Parnicki wszak długo mieszkał w Meksyku!).

W latach 60. czy 70. zeszłego stulecia stanowiło to o oryginalności autora i dość elitarnym odbiorze jego dzieł. Paradoksalnie dziś, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]