POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 55

Kultura

Jacek Dehnel

Gra w Vermeery

Przyjaciele mają swoje wewnątrzprzyjaźniowe zwyczaje i rozrywki, które innym mogą wydać się głupie, pretensjonalne albo nudne; z Radkiem od lat gramy w Vermeery. Wzięło się to jeszcze z czasów licealnych, kiedy to przechodziliśmy, z zapartym tchem, jak to licealiści, kolejne estetyczne wtajemniczenia, polecając sobie wzajemnie książki, płyty i obrazy. Było w tym (jak to u licealistów) wiele żarliwości, ale i pewien element rywalizacji; nasze muzyczne gusty nauczyliśmy się cenić (choć niekoniecznie podzielać) dopiero później, w książkach panowała względna równowaga, w sztuce – jako syn malarki i dziecię wyrosłe w domu pełnym albumów – nieco przodowałem. Dlatego też Radek, który zachwycił się Vermeerem, przez dłuższy czas zarzekał się, że nie ma pojęcia, co ja widzę w tych kluchowatych kobietach przed klawesynami, i dopiero po dwóch czy trzech latach przyznał się w jakimś napadzie przyjacielskiej szczerości, że tak, że owszem, że ach i że do szaleństwa – i to chyba był początek naszej małej gry (choć, kto wie, może i przedtem gdzieś sobie istniała w nurcie utajonym?).

Zasady są proste: wygrywa ten, który widział na żywo więcej obrazów mistrza z Delft. Z Rubensem, powiedzmy, byłoby trudniej – Picasso mawiał o nim, że „z około tysiąca dzieł, które namalował, do naszych czasów zachowały się trzy tysiące”; w przypadku Vermeera to w najlepszym razie trzydzieści siedem płócien w wielkich (i paru mniejszych) muzeach i kolekcjach świata. Pięć obrazów jest wątpliwych, w tym oba pozostające w kolekcjach prywatnych: młodzieńcza „Św. Prakseda” ze zbiorów Barbary Piaseckiej-Johnson i niezbyt ciekawa „Młoda kobieta siedząca przy wirginale”, kupiona w 2004 r. przez właściciela sieci kasyn w Las Vegas Steve’a Wynna. Oczywiście, jest jeszcze „Lekcja muzyki” należąca teoretycznie do królowej angielskiej, ale trudno mówić o własności prywatnej w tym przypadku, oraz „Koncert”, wyniesiony w 1990 r. z Isabella Steward Gardner Museum w Bostonie w czasie największej kradzieży muzealnej wszech czasów, który też ma jakiegoś tam prywatnego właściciela – czy to złodzieja, czy pasera. Zasadniczo jednak Vermeery są powszechnie dostępne.

Gra się zatem prosto, acz czasochłonnie: trzeba wybrać się w podróż, znaleźć odpowiednie muzeum i salę, po czym odkreślić kolejny tytuł w kajeciku. Ewentualnym graczom polecam kolejno USA (15 sztuk, w tym wszystkie 5 wątpliwych i 1 skradziona), Holandię (7 sztuk), Niemcy (6), Anglię (5) i Francję (2), a z czasem również Irlandię i Austrię. O ile oczywiście chcą grać profesjonalnie – wtedy, jeśli się uprzeć, można zgromadzić „koronę” (wyjąwszy skradziony „Koncert”, chyba że ktoś ma specjalne dojścia) w dwa tygodnie. My gramy całkowicie nieprofesjonalnie, po prostu korzystamy z nadarzających się okazji i podróży – nic więc dziwnego, że trwa to zawstydzająco długo.

Kiedy zaczynaliśmy grać, z dziesięć lat temu, na koncie miałem trzy obrazy z Londynu (dwie damy przy klawesynach z National Gallery i małą, dość rozczarowującą „Dziewczynę z gitarą” z Kenwood House, do której przedsięwziąłem specjalną pielgrzymkę, nie wiedząc – szczyt amatorszczyzny – że w Pałacu Bucking-ham wisi przepiękna „Lekcja muzyki”), które widziałem jako oszczędzający każdego funta siedemnastolatek, biegający jak szalony po londyńskich muzeach (na szczęście w większości darmowych). I dwa obrazy głęboko schowane w pamięci: wiedeńską „Alegorię muzyki” (miałem dziewięć lat; rodzicom odpadały nogi od chodzenia po Kunsthistorisches Museum, a ja ciągnąłem ich dalej) i nieszczęsną, wątpliwą „Św. Praksedę”, która, jeśli jest prawdziwa, była chyba jedynym obrazem Vermeera kiedykolwiek pokazanym w Polsce, w 1990 r., kiedy Barbara Piasecka-Johnson pokazywała tu swoje zbiory, a przemądrzały mały Jacuś pojechał z mamą do Warszawy pozachwycać się tymi cudami.

Spotykały mnie, oczywiście, miażdżące zawody; ileż razy widziałem karteczkę ze zdjęciem i podpisem: „Obraz wypożyczony na wystawę do Bardzo-Dalekiego-Miejsca-Na-Drugiej-Półkuli”! Kiedy byłem po raz pierwszy w Luwrze, wszyscy francuscy pompatyczni nudziarze wisieli na widoku, a salę z „Koronczarką” i „Astronomem” zamknięto z powodu braków w personelu. Muzeum w Brunszwiku za pierwszym razem było z niewiadomej przyczyny akurat nieczynne. To znaczy, oczywiście, wiadomej – z przyczyny złośliwości losu i zbiorów sztuki! Ile jednak razy spotykały mnie radosne zaskoczenia, ile razy natykałem się na Vermeera, o którym w ogóle nie pamiętałem, kupując bilet w kasie na dole? Owszem, można się obkuć – ale ileż frajdy w tej przypadkowości! W Nowym Jorku 8 nowych zdobyczy (lub 9, bo pokazują też sierotę z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Jacek Dehnel (ur. 1980 r.) debiutował tomem wierszy „Żywoty równoległe” (2004 r.). W 2005 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich. W 2006 r. opublikował powieść „Lala”, za którą otrzymał Paszport „Polityki”. Wydał też m.in. tomy wierszy „Wyprawa na południe” (2005 r.) i „Brzytwa okamgnienia” (2007 r.) oraz prozę: „Rynek w Smyrnie” (2007 r.) i „Balzakiana” (2008 r.).