POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 39 (2724) z dnia 2009-09-26; s. 102-104

Świat

Anna Tyszecka

Gruszki na murze

„Skąd wiadomo, że Chińczycy są mądrzejsi od Niemców? Bo nie zburzyli swojego muru” – to jeden z ulubionych niemieckich dowcipów. 20 lat później Ossis tęsknią za NRD, a Wessis za RFN.

Latem ubiegłego roku 44-letni Martin Sonneborn ruszył śladem zburzonych fortyfikacji wzdłuż muru berlińskiego, pokonując pieszo 250-kilometrowy krąg wokół stolicy Niemiec. W wędrówce, nazwanej z całą powagą „badaniami polowymi w rejonie przygranicznym”, towarzyszyła mu niewielka ekipa. Powstał film dokumentalny „Heimatkunde” (Nauka o ojczyźnie), w którym Sonneborn przedstawia plon swojej ekspedycji po dziwnej krainie podberlińskich ugorów, ogródków działkowych, stacji benzynowych i blokowiska Marzahn we wschodniej części miasta. Ale przede wszystkim ze spotkań z tubylcami, jak nazywa mieszkańców tego bezpańskiego jeszcze 20 lat temu pasa ziemi.

Wessi Sonneborn chętnie nawiązuje z nimi kontakty. Stwierdza, że najmłodsza generacja, urodzona w ostatnich latach istnienia NRD, zna przeszłość jedynie z opowiadań rodziców, choć przyznaje, że w szkole „też coś tam było”. Młodzi Ossis są przekonani, że za Honeckera „nie było wcale tak źle” i mają kłopoty z udzieleniem odpowiedzi na pytanie, w której części Niemiec panowała dyktatura. Jeden z młodzieńców wyjaśnia Sonnebornowi, że Niemców z zachodu rozpoznaje bez pudła, jeśli nie po wyglądzie, to po pierwszym zdaniu – „są aroganccy, zarozumiali i mówią inaczej niż my”.

Okazuje się, że starsze pokolenie również nie wykazuje entuzjazmu, gdy badacz Sonneborn pyta o życie w zjednoczonych Niemczech. Tramwajarz z Marzahnu wspomina upadek muru berlińskiego jako zakłócenie w pracy – następnego dnia po historycznym wydarzeniu, gdy jak zwykle zjawił się o świcie w przedsiębiorstwie, stwierdził, że nie wszyscy koledzy wykazali się podobnym poczuciem obowiązku. Byłem enerdowcem i nim pozostanę – wyjaśnia zasłuchanemu Sonnebornowi.

O powrocie do czasów NRD marzy co dziesiąty Niemiec ze wschodu, tylko co czwarty uważa się za obywatela Bundesrepubliki – wykazały opublikowane w lipcu badania socjologiczne na zlecenie wschodnioniemieckiego związku Volkssolidarität. Ponad 40 proc. ankietowanych nie kryło niechęci do demokratycznych rządów, trzy czwarte skarżyło się, że nawet 20 lat po upadku muru życie w nowych landach nie osiągnęło zachodnich standardów. Więcej niż połowa przyznała się do frustracji z powodu braku uznania dla ich życiowego dorobku, 49 proc. było zdania, że opis historii byłej NRD jest zbyt jednostronny.

Uschi i Jürgen od 30 lat mieszkają we wschodniej dzielnicy Berlina, Lichtenbergu. W pamięci pozostał im letni, sobotni wieczór 1990 r., gdy mieszkańcy ich wieżowca urządzili wspólnego grilla z okazji pożegnania wschodniej marki. Nastrój był nostalgiczny – jakiś rozdział ich życia zamykał się bezpowrotnie, przyszłość była niewiadomą. Następnego dnia stanęli w kolejce do pobliskiej Sparkasse, która wyjątkowo w niedzielę była czynna, i wymienili pieniądze. W poniedziałek Uschi wybrała się na zakupy do osiedlowej, znanej jej od lat Kaufhalle i stwierdziła, że trafiła do nieznanego jej sklepu.

Z półek znikły wszystkie wschodnioniemieckie produkty. Te nowe – z zachodu Niemiec – były droższe, inne, nieznane. Wkrótce poznali uwodzicielską słodycz i uwodzicielską moc „łowców”, przedstawicieli zachodnich towarzystw ubezpieczeniowych i instytucji finansowych, którzy nie szczędząc energii, przeczesywali wschodnioniemieckie blokowiska. Ich mieszkańcy wykupywali polisy i lokowali na nowo swoje oszczędności z całą ufnością ludzi nieświadomych tego, że za te decyzje przyjdzie im płacić słone frycowe.

A przecież Helmut Kohl obiecywał, że wschód kraju zmieni się w kwitnące ogrody. Nikomu nie będzie powodzić się gorzej, a wielu lepiej. Ossis poznali szybko na własnej skórze, że są to przysłowiowe gruszki na wierzbie. Upadek muru kojarzy im się zupełnie inaczej – ze skandaliczną działalnością powiernictwa odpowiedzialnego za prywatyzację majątku po byłej NRD, z załamaniem wschodnioniemieckiej gospodarki i masowym bezrobociem.

Jedno i drugie sprawiło, że tylko w latach 1990–1991 2 mln byłych enerdowców przeprowadziło się na zachód kraju lub w ogóle wyemigrowało z Niemiec. Kto został i ma pracę, zarabia o jedną trzecią mniej i produkuje o jedną piątą mniej niż jego zachodnioniemiecki kolega. Autorzy raportu dla Volkssolidarität nie pozostawiają złudzeń, że mimo transferu ponad 1,5 bln (!) euro z zachodu na wschód gospodarka nowych landów wymagać będzie dalszych wieloletnich alimentów jak niekochane, pozamałżeńskie dziecko.

Pretensje słychać także po drugiej stronie muru, którego nie ma. W starych landach nie mówi się o braciach i siostrach ze wschodu (co było ulubionym zwrotem Kohla), ale o lamentujących Ossis, i przypisuje się im złośliwie cztery cechy na literę „p”: pasywność, pacyfizm, pesymizm i paranoidalność. Nie ma też widoków na szybką rewizję tych uprzedzeń. Niemal połowa Wessis nie była ani razu we wschodniej części kraju, pozostając wierna przekonaniu, że ci z zony nie mają wcale źle: jeżdżą ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]