POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 5 (2893) z dnia 2013-01-30; s. 62-63

Nauka

Edwin Bendyk

Hakerzy, rycerze wolności

Nie marzył o chwale męczennika. Aaron Swartz, genialny haker przyparty do muru przez System, za wolność zapłacił życiem. Pokazał, że hakerstwo to projekt etyczny.

Hakerzy zazwyczaj nie mają dobrej prasy – w większości przekazów traktowani są jak pospolici cyfrowi przestępcy czyniący spustoszenie w systemach informatycznych. Globalną, wykreowaną przez media ikoną hakera stał się Kevin Mitnick, Amerykanin włamujący się m.in. do systemów firm telekomunikacyjnych. W końcu złapany, odsiedział wieloletni wyrok zaostrzony zakazem korzystania z komputera. Dziś już jako wolny człowiek doradza w zakresie bezpieczeństwa komputerowego i odcina kupony od swej złej sławy – jego książkowe wspomnienia plasują się na listach bestsellerów.

Dla prawdziwych hakerów Mitnick to jednak jedynie kraker, coś w rodzaju czarnego charakteru – uzdolnionego, lecz pospolitego włamywacza, który psuje opinię reszcie hakerskiego środowiska. Aaron Swartz to zupełnie inna historia. Już jako nastolatek zdobył uznanie, współtworząc system RSS, dzięki któremu, gdy w interesującym miejscu sieci, na blogu lub w serwisie informacyjnym pojawia się nowa informacja, jest automatycznie pobierana. Najświeższe wieści z wybranych źródeł same więc trafiają przed oczy czytelników.

Swartz wspominał, że swoje informatyczne umiejętności traktował jak coś naturalnego, czym nasiąkał od dzieciństwa w domu. Ojciec, wybitny programista i przedsiębiorca komputerowy, zapewnił, by Aaron już jako niemowlak miał dostęp do najnowszych cyfrowych gadżetów. Nastoletnich informatycznych geniuszy jednak nie brakuje. Swartz w odróżnieniu od większości z nich szybko odkrył, że programowanie nie powinno być celem samym w sobie, zapewniającym dobrą rozrywkę i niezłe dochody, lecz może być narzędziem walki.

Początki hakerskiej tradycji sięgają lat 60. XX w., kiedy na uniwersyteckich kampusach zaczęły upowszechniać się systemy komputerowe, wówczas jeszcze wykorzystujące wielkie i drogie maszyny obliczeniowe. Dostęp do nich był nie lada przywilejem, a obsługa i programowanie wymagało ezoterycznych umiejętności. Wtedy też pojawiła się idea „hacka” – czyli nietypowego, niestandardowego rozwiązania programistycznego, wzbogacającego system lub obnażającego jego słabości. Tim Jordan, autor książki „Hakerstwo”, jako przykład „hacka” podaje powstanie poczty elektronicznej – wymyślili ją programiści, by rozwiązać problem komunikacji w powstających właśnie sieciach komputerowych. Kolejnym „hackiem” okazało się wprowadzenie znaku @ jako kluczowego elementu adresu e-mail.

Istotniejszy jednak niż konkretne przykłady mniej i bardziej rewolucyjnych „hacków” jest związany z nimi rozwój hakerskiej kultury. Merytokratyczność, dążenie do doskonałości, bezinteresowność (większość „hacków” powstała w czasie wolnym, niezależnie od realizacji obowiązków zawodowych), otwartość i przyjęta ze środowisk naukowych zasada dzielenia się wiedzą – to pierwsze zręby tej kultury. A jako że środowiska informatyczne na samym początku zdominowane były przez mężczyzn, kultura hakerska była i ciągle jest także kulturą męską.

Gdy w połowie lat 70. pojawiły się pierwsze komputery osobiste, niejaki Bill Gates wspólnie z Paulem Allenem założyli firmę Micro-Soft i wpadli na pomysł, że oprogramowanie może być takim samym towarem, jak każdy inny. Rewolucyjnej pod względem biznesowym idei zupełnie nie mogli zrozumieć hakerzy uznający, że oprogramowaniem należy się dzielić, więc bez skrupułów kopiowali i dzielili się między sobą pierwszymi produktami firmy. Gates się wściekł i w 1976 r. wystosował „List otwarty do hobbystów”. Przekonywał w nim, że oprogramowanie to własność intelektualna i programiści muszą mieć prawo do jej ochrony, bo inaczej nie zarobią i nie będą mieli motywacji do tworzenia nowych produktów.

Tak narodził się fundamentalny spór cywilizacji informacyjnej: czy informacja i wiedza to towar, czy dobro publiczne? Czy należy je chronić za pomocą takich instrumentów prawnych, jak prawo autorskie i system patentowy? Czy wprost przeciwnie – należy je jak najszerzej upowszechniać, by służyły wszystkim?

Niedawna tragiczna śmierć Swartza to apogeum tego sporu, który już dawno przestał mieć charakter tylko techniczny i ekonomiczny, lecz także zyskał wymiar polityczny. Przełomową rolę w upolitycznieniu hakerskiego projektu i związanych z nim wartości odegrał Richard Stallman, przez wiele lat informatyk pracujący w prestiżowym amerykańskim Massachusetts Institute of Technology. Nie mógł znieść, że nie tylko w biznesie, lecz także w środowisku akademickim zaczynają dominować wartości Billa Gatesa. Dawna otwartość przegrała z zasadą „wszystkie prawa zastrzeżone” uniemożliwiającą hakerom grzebanie przy oprogramowaniu dostarczanym przez komercyjne firmy.

Stallman opuścił MIT, obawiając się, że także efekty jego pracy opatrzone zostaną znaczkiem copyrightu, a uczelnia uzna, że jest ich właścicielem. W odpowiedzi w 1985 r. założył Free Software Foundation i postanowił „zhackować” System. Superhackiem okazała się idea copyleftu odwracająca zasadę „wszystkie prawa zastrzeżone”, zawartą w instytucji praw autorskich. Zgodnie z copyleftem twórca, na przykład autor oprogramowania, zobowiązuje wszystkich użytkowników, żeby korzystali z jego dzieła do woli, poprawiali je i rozwijali, pod jednym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]