POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 1 (3092) z dnia 2017-01-01; s. 156

Passent

Daniel Passent

Halo, tu Lizbona!

Niezwykły to dyktator, nie przypomina ani Mussoliniego, ani Hitlera, ani Stalina. Nie jest wojskowym i nie uważa się za geniusza wojskowego z Bożej łaski. Jest człowiekiem cywilnym, nie porzucił swoich dawnych zwyczajów ani sam nie przywdział munduru, ani też nie zorganizował sobie sił zbrojnych…”. Był „dobrym wychowawcą swego narodu”. Byłbyż to prezes kochany – Jarosław Kaczyński? Nie, bohaterem tych słów był Antonio Oliveira Salazar, dyktator Portugalii, a ich autorem – Stanisław Kozicki (1876–1958), działacz Narodowej Demokracji, współpracownik Romana Dmowskiego.

Kaczyński zapewne przejdzie do historii, ale jako kto? Zbawca? Szkodnik? Autokrata? A może po prostu polski Salazar? Absurd – powie ktoś, kto wie, jakie są między nimi różnice. Salazar rządził w czasach faszyzmu i komunizmu. Kaczyński – po ich upadku. Salazar był wysoki, szczupły, przystojny. Nie pochodził ze stołecznej inteligencji, tylko z bardzo biednej rodziny na wsi. Dzięki zdolnościom i pracowitości zdobył wykształcenie, ba, w wieku trzydziestu kilku lat był już profesorem, znanym ekonomistą. (Dziedzina Kaczyńskiemu obca). Został wybrany do parlamentu, ale zbrzydzony tym, co tam zobaczył – złożył mandat. Kiedy w 1926 r. wojsko obaliło zgniłą republikę, ofiarowano mu stanowisko w rządzie. Nie chciał, ale musiał – wkrótce przejął całkowitą odpowiedzialność za zrujnowaną gospodarkę. (Kaczyński otrzymuje władzę w drodze demokratycznych wyborów). Portugalia naprawdę była wtedy w ruinie, nie tej wyimaginowanej przez partyjnych propagandystów, tylko w kompletnej zapaści.

Kaczyński objął kraj prosperujący, a jego propaganda bredziła o ruinie, Salazar odwrotnie – objął ruinę, po czym odegrał rolę kogoś w rodzaju Grabskiego czy Balcerowicza. Mało mówił, ale dużo robił – w ciągu zaledwie kilku lat opanował inflację, spłacił zadłużenie i wyprowadził kraj na drogę rozwoju. To plus okrutna, krwawa dyktatura, którą wprowadził, pozwoliło mu przetrwać u władzy ponad 35 lat, ustanawiając rekord Europy w kategorii szefów rządu.

Kaczyński i Salazar mają to i owo wspólnego, ale więcej jest różnic, porównywanie na serio byłoby bez sensu. Jeden i drugi jest (był) gorliwym katolikiem, Salazar nawet myślał o karierze duchownego, z czasem podpisał konkordat z Watykanem, ale nie był tak hojny dla Kościoła jak Polska i nie zwrócił części majątku skonfiskowanego przez obaloną republikę. Dekalogu nie traktował dosłownie, tylko z pewnym dystansem. Słynął nie tyle z chrześcijańskiego umiłowania bliźniego, co z bezprawnych aresztowań, porwań, zabójstw członków opozycji, „więzienia powolnej śmierci” na jednej z wysp Archipelagu Zielonego Przylądka, który wówczas należał do Portugalii. Krzyki torturowanych nie docierały stamtąd do Europy. Salazar kierował tam przeciwników politycznych oraz przywódców ruchu niepodległościowego w koloniach portugalskich, do których dyktator był przywiązany, gdyż był patriotą, nawet nacjonalistą. Stojąc na czele małego kraju o wielkiej przeszłości, był dumny, ale nie bez kompleksów.

Jeden i drugi to samotnicy, bezdzietni, nigdy się nie ożenili, wybrali celibat, mieli w pogardzie przyjemności życia doczesnego, jednego i drugiego nie interesowały pieniądze, luksusy, rozpusta, bunga-bunga, nie mieli w sobie nic z Berlusconiego. Gospodyni Salazara prowadziła mu dom, od kiedy był młodym aspirantem, aż do ostatnich dni.

Jeden i drugi wolał realną władzę niż zbędne obowiązki, dlatego byli premierami swoich rządów. Jeden i drugi wyznaczał na prezydenta osobę zaufaną, dekoracyjną, o ograniczonych kompetencjach i horyzontach. Salazar był wrogiem demokracji liberalnej i wielopartyjnej, uznawał jedną partię – swoją, nie uznawał wolnych związków zawodowych – tylko te w ramach korporacji (ustrój zwany korporacjonizmem), żadnej walki klasowej, żadnej opozycji, cisza jak na cmentarzu. Poszukiwał „narodowego ustroju o charakterze organicznym”. Był nieufny, nie lubił delegować odpowiedzialności. Przeciwnie – cała władza i wszelkie decyzje płynęły od niego. Ministrowie byli kukiełkami. Salazar był nie tylko premierem, ale w różnych okresach jednocześnie ministrem finansów, spraw zagranicznych itd. System jednopartyjny zapewniał mu upragniony spokój w marionetkowym parlamencie, tak potrzebny do pracy dla dobra Portugalek i Portugalczyków.

Cenił sobie „spokojny, niespektakularny postęp” pod własnym kierownictwem. Uważał partie za przyczynę zła, źródło partiokracji i korupcji, dlatego ich zakazał. Na demokrację – mówił – mogą sobie pozwolić Brytyjczycy, Szwajcarzy czy Skandynawowie – narody doświadczone i dojrzałe. Trochę podobnie myślał Stalin, kiedy powiedział, że socjalizm pasuje do Polski jak siodło do krowy. Parlament był dla Salazara tym, czym broszka dla Szydło – ozdobą. Stworzył system hybrydowy, tyrański, mściwy, rodzaj autorytarnego bałwochwalstwa, dyktaturę administracyjną przechodzącą w policyjną, miał monopol na legalną działalność polityczną. Utworzona przezeń policja polityczna DINA siała postrach. Zwalczała komunistów i złodziei.

Antonio Salazar miał dużo satysfakcji ze swojej pracy. Przez wiele lat ludzie pamiętali chaos i nędzę ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]