POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 36 (3126) z dnia 2017-09-06; s. 15-17

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Harce suwerena

PiS traktuje suwerenność nader wybiórczo. Chce mieć swobodę bez odpowiedzialności. Bardziej antywspólnotowej władzy jeszcze w III RP nie mieliśmy.

Gdy obóz rządzący gotował się po zawetowaniu sądowych ustaw, jeden z jego intelektualnych autorytetów Andrzej Nowak pochwalił decyzję prezydenta. Uznał za rozumne wyciszenie konfliktu w okresie, gdy Komisja Europejska podtrzymała procedurę badania praworządności, a Rosja pogroziła sankcjami za usuwanie pomników żołnierzy radzieckich. Jednoczesne roszczenia ze Wschodu i Zachodu musiały się wydać historykowi na tyle niepokojące, iż użył argumentów w polskiej debacie rozstrzygających. Przypomniał, „jak łatwo niepodległość utracić i jak ciężko, krwawo trzeba było o nią walczyć. I jak mądrze trzeba ją budować – zwłaszcza w polskim położeniu geopolitycznym”.

Lecz wszystko na nic. Nie upłynęło wiele wody w Wiśle, a propaganda nakręciła księżycową kampanię o bilionowe reparacje wojenne od Niemiec. W ubiegłym tygodniu premier Szydło podtrzymała roszczenia – tłumacząc, że to nic takiego, po prostu upominamy się „o to, co się Polsce należy”. Wygląda na to, że szefowa polskiego rządu jest na bakier z historią własnego kraju, któremu moralne egzaltacje nieraz już myliły się z siłą polityczną. Choć przecież ten, kto dyktuje argumenty pani premier, akurat na brak świadomości historycznej kiedyś nie cierpiał. Jakież to więc zaślepienie nim zawładnęło?

Jakby tego było mało, pisowscy harcownicy zaatakowali jeszcze z drugiej flanki, domagając się odszkodowań od Rosji. Beztroska zabawa w mocarstwowość trwa więc w najlepsze. Tylko czekać, jak dumna i suwerenna Polska wystąpi o zwrot Wilna i Lwowa, o których polskości w nowych wzorach paszportowych przypomniało MSZ. Wstaliśmy z kolan, więc harcujemy.

Gdzie się podział Putin?

A że harce na geopolitycznej szachownicy odbywać się muszą akurat w obliczu zagrożenia konfliktem nuklearnym, z udziałem nie do końca dziś stabilnego gwaranta naszego bezpieczeństwa oraz zbliżających się rosyjskich manewrów tuż u polskich granic, największych od zakończenia zimnej wojny?

Polacy powinni być szczególnie wyczuleni na wzniecanie zapału wokół kategorii moralnych, takich jak sprawiedliwość czy honor. W przedwrześniowej Polsce aktem dziejowej sprawiedliwości najpierw ochrzczono nasz współudział w rozbiórce Czechosłowacji, choć zajęcie Zaolzia zostało fatalnie odebrane w Paryżu i Londynie, osłabiając sojuszniczą lojalność. A gdy rok później wojna stała się nieunikniona, naród dał się porwać oracji ministra Becka o polskim honorze, który „nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę”.

Nawet dziś za herezję uznano by opinię Stanisława Cata-Mackiewicza, że w obliczu nieuchronnej klęski należało pokrzyżować Hitlerowi szyki… godząc się na pretekstowe warunki „korytarza”. „Gdy człowiek tonie, jedyną jego polityką jest odsunięcie momentu śmierci na jakikolwiek czas, a potem coś nadzwyczajnego może wyniknąć” – słusznie zauważał konserwatywny mistrz realistycznego myślenia. Polityka jest bowiem sztuką osiągania celów leżących w zasięgu możliwości, a nie bujania w chmurach.

Polska pod rządami PiS szczęśliwie nie tonie, choć niebo zrobiło się ołowiane. Jak wynika z badań, już całkiem realnie obawiamy się konfliktu z Rosją. Co zapewne pomaga zrozumieć przyczyny odnotowanego przez CBOS rekordowego poziomu poparcia dla UE oraz wysokiej aprobaty dla zacieśniania integracji (życzy sobie tego połowa badanych; co czwarty uważa, że integracja zaszła zbyt daleko). I trudno byłoby rządzącym powoływać się na społeczny mandat w sprawie ich polityki europejskiej, gdyby nie nieszczęsny problem uchodźców, wywracający do góry nogami klarowność postaw Polaków wobec Unii. „Islamiści” na razie wydają się straszniejsi od Putina, do czego przykłada rękę intensywna propaganda PiS.

Bolesny banał

Anne Applebaum niedawno przypomniała, iż nasz kraj zajmuje poślednie miejsce w hierarchii amerykańskich priorytetów i „w razie zagrożenia ze strony Rosji USA mogą nie przyjść Polsce z pomocą”. Z perspektywy polskiego doświadczenia to właściwie banał. Prawicowy portal wPolityce.pl wyśmiał jednak tę wypowiedź jako bzdurną antypolską narrację. „Kwestia rosyjska” – wyjaśnił autor – to obecnie „ulubiony »bat« na Polaków”. Czyli problem wydumany.

Jak to jest, że jeszcze niedawno Putin podkładał bombę w samolocie z polskim prezydentem, a dziś na jego agresywne działania można patrzeć przez palce? I jak traktować przestrogi Lecha Kaczyńskiego z wystąpienia na wiecu w Tbilisi, uznawanego za szczytowy moment jego pomnikowej ponoć prezydentury? W niepojęty sposób gdzieś ulotniła się prawicowa wrażliwość geopolityczna, oparta na doświadczeniu historycznym. Dziś o zagrożeniu ze Wschodu wspomina już tylko Antoni Macierewicz; najczęściej służy mu to za wstęp do przechwałek, jaka to polska armia silna, zwarta i gotowa. Pozostałych liderów PiS bardziej jednak angażują nie iskandery w Kaliningradzie, lecz długopis Timmermansa. Mimo że rakiety zagrażają polskiemu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Polski Paszport 2018