POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 8 (10) z dnia 2017-08-09; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 26. Jak nie oszaleć w szalonym świecie; s. 26-30

Ja. Sami ze sobą

Aleksandra Żelazińska

Harować, nie żałować

Czym dziś dla człowieka jest praca i czy da się odzyskać utracony czas wolny.

Nie zaglądaj mi w portfel, ty polska cebulo”. Tak wymowny tytuł nadała Magda, jedna z autorek – skądinąd bardzo popularnego – bloga „Krytyka kulinarna” wpisowi, w którym dosadnie przekonuje: „Polacy uwielbiają rozliczać innych z zarobków. Bo jak ktoś ma, to są tylko trzy możliwości: 1) ukradł, 2) dostał po znajomości, 3) dał dupy. Inna opcja nie wchodzi w grę, bo to przeczy logice. Polskiej logice”. To odpowiedź na kąśliwe komentarze czytelników, którzy wypominają jej, że od czasu do czasu pisze także teksty sponsorowane (dla blogerów to jedno z podstawowych źródeł dochodów). Autorka dodaje w swojej obronie: „Ja na to wszystko pracuję średnio dwanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku”. Po publikacji wpisu zawrzało i zaroiło się od jeszcze bardziej kąśliwych komentarzy w rodzaju: „Ciężką pracę to ma co najwyżej górnik, a nie jakiś pierwszy lepszy bloger”.

Robota u robota

Przykład wzięty z blogosfery jest nieprzypadkowy, mimo że „bloger” w społecznej percepcji nie ma jeszcze pełnoprawnego statusu „zawodu” – choćby z tego względu, że nie potrzebuje konkretnych dyplomów, certyfikatów, specjalistycznych kompetencji. Nie istnieje też żadna ustawa, która by określała, czym się zajmuje, na jakich zasadach, za jakie pieniądze itd. Pomijając jednak kwestie formalne, blogerzy faktycznie świadczą usługi: są opiniotwórczy („Krytyka kulinarna” przedstawia się jako „najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce”), recenzują różne wytwory kultury (książki, filmy, seriale, gry), komentują sprawy polityczne, pomagają aranżować wnętrza, ubrać się, umalować, majsterkować, doradzają w kwestiach prawnych i finansowych. Więc tak po prawdzie powinni być kompetentni. Nic więc dziwnego, że chociaż bloga założyć łatwo – tak jak każdy inny interes – to tylko wybrane na siebie zarabiają.

Ale wróćmy do zestawienia górnika z blogerem, bo jest symptomatyczne. Ten pierwszy symbolizowałby ogół zawodów, które wymagają fachu w ręku, tężyzny fizycznej, odporności, zaliczenia odpowiednich szkoleń. Intensywnej, ryzykownej czasem pracy, której wytwór jest konkretny. Bloger otwierałby zaś listę nowych zawodów (albo przyszłych zawodów), sąsiadując z youtuberem, moderatorem forów internetowych, administratorem fanpage’a na Facebooku, redaktorem portalu itd. W ciągu kilku dekad ci drudzy będą coraz bardziej potrzebni, a przynajmniej coraz bardziej obecni. Ci pierwsi – być może będą już tylko wspomnieniem dawnych czasów, kiedy pracowało się jeszcze fizycznie w warunkach zagrożenia zdrowia i życia.

Tradycyjna praca fizyczna całkiem, rzecz jasna, nie zniknie, ale rynek usadawia się stopniowo na trzech filarach: globalizacji, innowacji i automatyzacji. Co oznacza, że lista dawnych zawodów w przyszłości nieco się zawęzi, przybędzie projektów o charakterze start-upów, a najtrudniejsze i obarczone najwyższym ryzykiem zadania będą za ludzi wykonywać skomplikowane maszyny. Jedni będą więc zmuszeni się przekwalifikować, to zaś zawsze wiąże się ze stresem, a w tym wypadku i z obniżonym poczuciem wartości – bo we własnych oczach przestaną być światu jakkolwiek potrzebni. Drudzy, właśnie wkraczający w dorosłość, na taki rynek dopiero wejdą, żeby rozejrzeć się i jakoś go oswoić. Są przy tym zawody, które właściwie od lat wykonuje się tak samo – takie jak chirurg czy nauczyciel. Zmieniają się narzędzia i metody, poszerza się wiedza, ale tu człowieka nie wyręczą roboty (oby!).

Jeśli jakieś miejsce pracy ewoluuje w sposób ewidentny, to biura i podobne im korporacje. Zmieniający się stosunek do tego rodzaju pracy – a wraz z nim jej warunki – wyraźnie słychać już w języku, ale i widać… w designie. Dziś „wydajny” ma być nie tylko pracownik, ale i samo biuro (korporacja, firma). Samodzielne boksy odchodzą do lamusa, ustępując pola openspejsom. Eksperci zaś radzą: jeśli jesteś szefem, zadbaj o to, żeby w najbardziej ruchliwym miejscu w pracy znalazł się stół. Niech takich wspólnych stref będzie jak najwięcej, bo – jak dowodzili niedawno choćby specjaliści z Kanady – współczesnego pracownika mniej interesuje prestiż firmy, którą ma reprezentować, a bardziej otoczenie i przestrzeń, w której tę pracę wykonuje.

Współczesna praca ma być poza wszystkim „elastyczna”. „Zarządzaj swoją energią, a nie czasem” – podpowiadają autorzy rozmaitych poradników. Ale czy to oznacza, że w nieodległej przyszłości ludzie będą pracować krócej i mniej albo że będą robić wyłącznie to, co ich interesuje?

Zapal się, nie wypal się

Nie tak prędko. Już w latach 30. brytyjski ekonomista John Maynard Keynes z pełnym przekonaniem zapowiadał, że jego wnuki będą pracować najwyżej trzy godziny dziennie, o ile w ogóle zechcą. Ale, po pierwsze, technologia nie posunęła się naprzód aż tak. Po drugie, człowiek ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]