POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 26-29

Społeczeństwo

Ewa Wilk

Hatakumba elit

Nie ma dziś chyba bardziej postponującego określenia niż elita. Znalazło się w rodzinie synonimów wraz z kastą, kliką, sitwą. Polacy, którzy dzięki swoim talentom, wykształceniu i ciężkiej pracy znaleźli się w minionych dziesięcioleciach w rozmaicie pojmowanych elitach, mają prawo się bronić. A nawet obowiązek.

Obecna elita władzy w ciągu minionych dwóch lat poczyniła wiele zmian w polszczyźnie. Narzuciła rozmaitym pojęciom osobliwe znaczenie (np. praworządności), wprowadziła w obieg odkurzone archaizmy (np. suweren). Terminy uważane za obelżywe tak wyświechtała, że odebrała im siłę rażenia (np. zdrajca) i – przeciwnie – określenia obojętne zamieniła w epitety. Słowo elita Polakom coraz gorzej się kojarzy, czego dowód przyniosły badania na zlecenie naszego tygodnika (omówił je wyczerpująco Mariusz Janicki, POLITYKA 25). Teraz czeka nas nowa konstytucja – „dla obywateli, nie dla elit”. I może ta proklamacja nie brzmiałaby tak absurdalnie i groźnie zarazem, gdyby nie padła z ust prezydenta RP – obywatela wyniesionego wszak na najwyższe piętro elity społecznej.

Oczywiście antyelitarna gadanina jest filarem każdego populizmu. Lecz gdy populiści dostają władzę, nie poprzestają na słowach, muszą rzucić ludowi na żer bynajmniej nie tylko przeciwników politycznych. Wyklętą elitę może uosabiać oskarżany o korupcję transplantolog (jak w 2005 r.) albo sędzia kleptoman (obecnie). Najważniejszym celem jest obrzydzić elitę ludowi, by zdobyć przyzwolenie na obsadę najwyższych szczebli drabiny społecznej własnymi nominatami: miernymi, biernymi, zastraszonymi, przekupionymi. A tych, którzy w elicie byli dotychczas, którzy śmieli się za elitę uważać, ba, odczuwać dumę z powodu przynależności do elity, zawstydzić. Zastraszyć. Zagnać do kąta.

I obecnej władzy w dużej mierze udało się już ten efekt osiągnąć. Elity zawodowe, biznesowe, intelektualne – cokolwiek mówić o ich jakości – były koniem pociągowym polskiego awansu ostatnich dziesięcioleci. Ale propagandowy łomot spadający na kolejne środowiska umacnia stereotyp gniazdującego na wysokich skałach niecnego sępa, który pierwsze smaczne kąski wyszarpał już z konającej gospodarki PRL.

Zaufanie do elit nie stopniało raptem w dniu wyborów parlamentarnych 2015 r. Symptomy tej erozji były widoczne choćby w regularnym badaniu prestiżu zawodów prof. Henryka Domańskiego – przed kilku laty strażak wyprzedził odwiecznie królującego w tym rankingu profesora wyższej uczelni, pielęgniarka – lekarza, osiedlowy sklepikarz – przedsiębiorcę.

Obciążają elity wcale nie korupcja, złodziejstwo, klikowość; to się zdarzało, zwłaszcza wtedy, gdy władza wchodziła w niebezpieczne mariaże z pieniądzem. Ale grunt pod antyelitarne nastroje, pod uogólniony stan nieufności tworzyły grzechy subtelniejsze, mniej widowiskowe; raczej zaniechania, słabości czy bezrefleksyjne uleganie trendom kulturowym niż pospolite przestępstwa.

Oto pięć zjawisk, nad którymi, owszem, przez lata biadolili publicyści i badacze. Jednak ich katastrofalne konsekwencje widać dopiero dziś. Każda z polskich elit ma coś na sumieniu, choć zdecydowanie nie to, o co jest przez obecną władzę oskarżana.

1

Elita naukowa przez lata sprzedawała młodym Polakom tandetny towar. Na przebudzone po transformacji niebywałe aspiracje edukacyjne odpowiedziała 400 prywatnymi uczelniami, w ogromnej większości – jak mawiano – tego i owego, oraz podziałem studentów uczelni państwowych na lepszych (na tzw. studiach dziennych) i gorszych (na studiach płatnych). Ten z gruntu chory system dał wprawdzie co obrotniejszym nauczycielom akademickim takie możliwości zarobkowe, że standardem życia zaczęli się zbliżać do zachodnich kolegów, ale intelektualne i moralne koszty tej machiny przebijają zyski finansowe.

Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie (by sparafrazować Aleksandra Kwaśniewskiego, który twierdził, że dyplomu co prawda nie ma, ale ma wykształcenie). I wcale nie chodzi o to, że nie zdobywają zawodu, który dawałby im pewną i dobrze płatną pracę, na co wielu przecież liczy, ale o to, że przetaczają się przez studia, ściągając na potęgę na testowych egzaminach, obstalowując okresowe i dyplomowe prace przez internet; wielu zdarza się samodzielnie przez ten czas nie napisać choćby słowa, co najwyżej przeczytać notatki kolegów i bryki z sieci. Giną w masie. Wielu zdolnych i ambitnych również – przechodzą z roku na rok anonimowo, nikt nie zapamiętuje ich nazwisk, twarzy. W tej masówce nie ma czasu ani miejsca na kształtowanie samodzielności myślenia, odpowiedzialności za słowo, szerszych horyzontów. I – jakkolwiek brzmiałoby to anachronicznie – nauki inteligenckiego, obywatelskiego etosu.

Wielu tak jak przyszło na studia, nawet na studia społeczne, tak i z nich wychodzi – ze znikomą wiedzą o procesach historycznych, psychospołecznych, politycznych, ba, o podstawowych założeniach demokracji (jak np. trójpodział i równowaga władzy, co przed laty sygnalizowała prof. Krystyna Skarżyńska). Dziś starsze pokolenie ze zdumieniem pyta, dlaczego tak wielu młodych popada w uproszczoną, manichejską wizję świata, daje się uwieść nastrojom nacjonalistycznym, ksenofobicznym (np. według badań CBOS z 2016 r. poparcie dla idei ONR jest w młodym pokoleniu dwa razy większe niż wś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]