POLITYKA

Poniedziałek, 1 maja 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2016-05-11; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 22. Dusza i ciało; s. 60-63

Słabości i choroby

Katarzyna Czarnecka

Historia znikania

Otyłość: jak to jest żyć w męczącym, nieposłusznym, zbyt ogromnym ciele

Taka historia może się zacząć ze strachu. Kiedy człowiek ma zaledwie kilka dni, waga, z którą się urodził, spada. Dla niektórych rodziców jest to stres. Pierwszy, silny, a więc niezapomniany. Na noworodku próby uporczywego karmienia nie robią jeszcze wrażenia – jego organizm wie, ile potrzebuje, więc żadna siła nie zmusi go do zjedzenia więcej. A jeśli nawet dla przyzwoitości possie któryś raz podsunięty sutek, nadmiar pokarmu i tak wyląduje na ubraniu matki.

Wrodzona intuicja kulinarna dziecka zaczyna jednak jakiś rok później szwankować. Ulega temu „jedz, jedz” matek, ciotek i babć, dla których często wciąż jeszcze zdrowe dziecko to tłuściutkie dziecko. W jego życie wkraczają też słodycze, bo może już jeść ciasto biszkoptowe albo drożdżowe. Jeszcze kilka miesięcy i przestają one być pociągające. Bo kolorowe batoniki w reklamach i na wysokości jego wzroku w sklepach są znacznie bardziej atrakcyjne. Budzą chętkę, która niekiedy zostaje z nim na zawsze. Szczególnie jeśli słodycz jest nagrodą. Albo pocieszeniem. Albo świętem: co bardziej świadome matki ograniczają słodkości do weekendu. Ale i to jest pułapką – zakazany owoc kusi jeszcze bardziej.

Taka historia może się zacząć z utraty. Matka rozwódka, gotująca latami dla rosłego męża, nie umie się przestawić i wpycha w dziecko porcje jak dla niego. Może także usiłuje kupić miłość? Może rekompensuje swój smutek samotnej, której monstrualne schabowe ktoś przecież powinien chwalić?

Ale taka historia może się też zacząć z niczego. Ot, dziecko jest grubiutkie tak po prostu. Jak mama, jak tata. Schudnie, kiedy zacznie rosnąć, przecież nie wpycha w siebie słodyczy, schudnie, przecież nie je jak drwal – wierzą rodzice. Może zbyt zabiegani, może niezorientowani, a może nieuważni, żeby dostrzec, że dobrze by było zaprowadzić się rodzinnie do dietetyka i psychologa. Nic to, że zasapuje się po przypadkowym przebiegnięciu kilkunastu kroków. Nic to, że jeśli nawet zabłąka się niechętnie na szkolny wuef, może najwyżej porzucać sobie w kącie piłką lekarską. Nic to, że coraz bardziej zamyka się w sobie, bo grubas, bo tłuścioch, bo spaślak – mówią mu dzieci mniej słusznej postury. Tylko że takich jest coraz mniej, więc nie jest tak źle; taka – pocieszają się rodzice – przemiana materii. Przejdzie.

Bywa, że rzeczywiście przechodzi. Kilkunastoletni człowiek strzela w górę i po oponkach, fałdkach i podbródkach nie ma śladu. Jego życie staje się nagle lekkie i takie ruchowo łatwe. Z czasem jego umysł pozwala sobie na swobodę zapomnienia, że jeszcze niedawno ciała, którym kieruje, było za dużo.

Huśtawka

Często jednak sobie przypomina jakoś tak po trzydziestce. Nie ma się czemu dziwić, jeśli jest typem zajadającym stres. Jeśli jedynym sposobem na poradzenie sobie z – negatywnymi szczególnie – emocjami jest regularne pustoszenie lodówki. Jeśli ma problemy z prawidłowymi nawykami żywieniowymi tak duże, że nie wie już, czy musi coś zjeść, bo jest głodny, czy z powodu kłótni z partnerem. Bywa jednak, że je zwyczajnie, zgodnie z tą bardziej prawidłową polską normą, czyli tylko trochę za dużo. Fast food tylko czasami, żadnych gór słodyczy, czekolada z rzadka. A jednak waga powoli idzie w górę. Nie jest tak źle, ale trzeba się wziąć za siebie – myśli człowiek, jeśli z rozsądku się dowie, że jego BMI przekroczyło 25. Ta myśl jednak jeszcze nienerwowa. Wyciąga więc z garażu rower, ale na jednej wycieczce się kończy, bo nogi na kolejne za bardzo bolą. Kupuje karnet na basen, ale tyle z tym korowodów, a i przeziębić się zimą można. Poza tym życie gna szybciej niż wskaźnik na wadze i czasu jakoś na to się wzięcie brakuje. Patrzenie w lustro czasami coś zmienia. Tu i tam nieco więcej? Nie widzę problemu – powie, jeśli swojej wagi wizualnie nie doszacowuje. Fakt, coś nie tak – jeśli ocenia ją realnie. W lekką panikę wpadnie, jeśli widzi się większym niż jest.

W dwóch zatem przypadkach człowiek zaczyna działać już na tym etapie. Kłopot w tym, że rzadko aktywnie, bo czasu nie przybywa. Że samodzielnie, bo dietetyk to strata czasu i pieniędzy, a przecież nie jest tak źle. I że eliminacyjnie – chleb, ziemniaki, makaron tuczą, każdy to wie, odstawiamy zatem. W internecie diet bez liku, któraś na pewno się nada. Pierwsza idzie jak z płatka, choć spaghetti śni się po nocach. Waga jest zadowalająca po kilku tygodniach. Jeszcze przez kilka człowiek się kontroluje, kolejne kilka i wraca do polskiej normy. Waga znowu idzie w górę. Tym razem nieco szybciej. Na tyle znacząco, że nowe ubrania nie zdążą się nawet trochę zużyć, a już nie można się w nie wcisnąć. Lądują więc wstydliwie w niedostępnych zakamarkach szafy. No to kolejna dieta – myśli człowiek i z sieciowej oferty wybiera trochę drastyczniejszą. Spadek, kontrola, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Co to jest BMI

Body Mass Index to wyznacznik problemów z wagą. Oblicza się go, dzieląc masę ciała (w kilogramach) przez wzrost podniesiony do kwadratu (w metrach).

Np. waga 74 kg i wzrost 1,68 cm

74 : 2,82 = BMI 26,24

poniżej 15,99 – wygłodzenie
16,00–17,00 – wychudzenie
17,00–18,49 – niedowaga
18,50–24,99 – norma
25,00–29,99 – nadwaga
30,00–34,99 – I stopień otyłości
35,00–39,99 – II stopień otyłości (otyłość kliniczna)
powyżej 40,00 – III stopień otyłości (otyłość skrajna, zagrażająca życiu)

Uwaga: osoby uprawiające regularnie sport także mogą mieć wysoki wskaźnik BMI ze względu na masę mięśniową. Dlatego przy diagnostyce otyłości mierzy się także ilość tkanki tłuszczowej.

Jak tyją Polacy

Według raportu Instytutu Żywności i Żywienia z jesieni 2015 r. nadwagę lub otyłość (wskaźnik BMI powyżej 25,00) ma:

22 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów

49 proc. kobiet

64 proc. mężczyzn