POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 34 (2719) z dnia 2009-08-22; s. 76-78

Świat

Natalia Gańko

Hucuł wraca na konia

Fala krachu z Wall Street dotarła na Huculszczyznę. Przed kryzysem Ukraiński góral ratuje się więc pierwotną i samowystarczalną gospodarką.

Pluje sobie w brodę Hucuł, który złamał starą zasadę: pieniądze trzymaj w chałupie, nie u obcych, w banku. Inwestuj w konia, krowę, a najlepiej w pole. I niech cię Bóg broni przed kredytem. Nie wszystkim się udało. Pracownica Priwat Banku w Worochcie (4 tys. mieszkańców, przedwojenne uzdrowiska, cerkiew i nieczynny polski kościół) prowadzi zeszyt z kolorowymi rubrykami. Przy nazwiskach ptaszki, obok kwoty: 15, 20, 50 hrywien. Z tych wpłat czasami uskłada się miesięczna rata. Czasami.

Liczba zalegających to tajemnica bankowa. Przed kryzysem bank dawał pożyczkę pod zastaw domu. Teraz nie daje. Ściągalność długu utrudnia brak dochodów. Jak wygląda egzekucja płatności? Najpierw bank prosi. Mija czas i po wezwaniach sądu teoretycznie wchodzi wykonawcza służba, komornik. Ale co bank ma robić z tymi chatkami bez dojazdów, bez wygód, gdzieś w siołach pod lasem. Rekwirować konie, pługi, a może huculskie dywany?

Taras Szot, etnograf, lwowianin: – Kto wziął i nie ma z czego oddać, to po prostu wypnie się na banki. Przeczeka kryzys na własnym chlebku z bryndzą. Jak zabraknie na paliwo, wyciągnie konia ze stajni.

Na Huculszczyźnie trochę się wygina słynna linia Huntingtona, o której piszą historycy. Wyznaczona przez wielką schizmę z 1054 r. nałożyła się później na granice II Rzeczpospolitej i dziś wyznacza linię między cywilizacją zachodnią z gospodarką rynkową a prawosławną z ekonomią sterowaną przez państwo. Huculszczyzna stoi nad linią Huntingtona w rozkroku. Bo Huculi kolorową ofertę komercyjnych banków skonsumowali jak świąteczny jarmark. Do pożyczek wystarczał dowód osobisty, spłatę miały zapewnić saksy w Polszy, Italii i Germanii. Przeszkodził globalny kryzys. W biedzie Huculszczyzna stawia na samodzielność. Na małą ekonomię: dom – rodzina. O dużą ekonomię niech martwi się państwo. Huculi śmieją się, że Ukraina jest jak legenda Ołeksia Dobosza, huculskiego Robin Hooda, którego wielkość polegała na tym, że kradł podobno tylko po to, żeby rozdawać.

– Prędzej spalę chałupę, niż oddam złodziejom z banku – mówi Iwan z miasteczka Kuty (5 tys. mieszkańców, galicyjskie wille w ruinie, ratusz z wieżą, której grozi zawalenie). Iwan nie podaje nazwiska, bo mu wstydno. Stoi pod płotem na głównym deptaku wsi Kosmacz, na ziemi postawił akordeon, gdzie przyczepił fotografię drewnianej krytej papą chałupki, tonącej wśród świerków: wywoławcze 20 tys. dol., jest sotka (hektar) ziemi, woda ze studni. Iwan mówi, że sprzedaje, aby spłacić pożyczkę, za którą wybudował nowy dom dla córki. – No, i co mi zrobią, mam mieć 100 dol. na poniedziałek, ale skąd wezmę?

Iwan żyje z naprawiania starych akordeonów, czasami dorabia na budowach. Teraz interes stoi jak łyżka w maselnicy. Po drugiej stronie drogi na drucianej siatce otaczającej połyskującą w słońcu cerkiewkę Mikola Iwanowicz rozwiesza kolorowe huculskie dywany, klnie pod nosem, bo próbuje się tych dywanów pozbyć od ośmiu lat, dostał ich ciężarówkę w ramach ostatniej pensji i odprawy za 20 lat pracy na stanowisku kontrolera jakości w Fabryce Dywanów w Kutach. – Nie wytrzymali my konkurencji z Turcją. Potem taniej robiły Chiny. A huculskie najlepsze, wełna naturalna, kolor nie do sprania. Dziś po 200 hrywien za metr kwadratowy. Do tego doszło, że w kryzie (kryzysie) my Hucuły dostajemy w dupę od Azji? – opowiada.

Na scenę globalnego biznesu Huculi weszli po raz pierwszy przez tzw. szosę Krattera, zbudowaną przez Austriaków na dzikim terenie, przejętym w drodze drugiego zaboru Rzeczpospolitej. W hermetyczność Huculszczyzny wkradły się wtedy szybkie pieniądze za sprzedaż ziemi. Górale przepijali beztrosko zarobek (połonin i tak każdy miał po horyzont). Kolej Lwów–Stanisławów–Kołomyja–Czerniowce powstała w 1865 r. Już chyba pociągiem przyjechał Stanisław Szczepanowski, odkrył złoża ropy naftowej w Słobodzie Rangurskiej. W 1918 r. odzyskana niepodległość skłoniła Polaków do śmielszych inwestycji w Huculszczyznę. Sanatoria, stacje klimatyczne w Kutach, Worochcie, Kosowie i Delatynie do dziś stoją, tyle że w ruinie.

W latach 30. Antonii Ossendowski w książce „Cuda Polski” aktywa Huculszczyzny tak szacował: 170 niedźwiedzi, 200 wilków, 80 rysi i 3600 jeleni. Chwalił Lasy Państwowe za plany ukrócenia wyzysku Hucułów przez tzw. kieronów – zarządców, którzy mieli tę wyższość nad góralami, że potrafili liczyć. Mimo społecznikowskich akcji Huculi nie byli za bardzo beneficjentami rozwoju własnego regionu. Folklor, śpiew, stroje i dialekt rusiński przyjezdni traktowali jak krajobraz, wody mineralne, drewno i ropę, czyli dobra wspólne.

W 1939 r. eksploatację Huculszczyzny zaczął okupant sowiecki. Oporni kolektywizacji Huculi lądowali na Uralu. Prywatną własność zachowali tylko ci w niedostępnych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Huculszczyzna jakiej nie znacie. Więcej zdjęć z fotoreportażu na: www.polityka.pl/oczy

Załączniki

  • Mapa

    Mapa - [rys.] JR