POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 52-53

Rynek

Andrzej Lubowski

I w górę, i w dół

Od czasu, gdy Barack Obama wprowadził się do Białego Domu, giełda poszła mocno w górę, a dolar mocno w dół. Ciężko poturbowana finansowo Ameryka wraca do równowagi. Pozornie.

O prawdziwym ożywieniu gospodarki nie może być mowy, dopóki nie poprawi się sytuacja na rynku pracy. Dobre wieści z giełdy mają znaczenie trzeciorzędne. Gdy banki płacą depozytariuszom 1 proc., łatwiej skusić ludzi do kupna akcji. A jeśli firmy mają lepsze wyniki, to najczęściej bierze się to z cięć kosztów niż ze wzrostu przychodów. A tego na dłuższą metę nie da się utrzymać.

Giełdowi inwestorzy cieszyli się, że stopa bezrobocia w USA spadła z 9,5 proc. w czerwcu do 9,4 proc. w lipcu. Cóż z tego, skoro już w sierpniu wzrosła do 9,7 proc. i jest najwyższa od 26 lat. Co więcej, wskaźniki te coraz słabiej odzwierciedlają rzeczywisty obraz na rynku pracy. Statystyki bezrobocia nie uwzględniają przecież ani tych osób, które wbrew swej woli pracują w niepełnym wymiarze czasu (a jest ich o 4 mln więcej niż przed recesją), ani tych, którzy przestali szukać nowego zajęcia, więc się do bezrobotnych formalnie nie zaliczają.

Jednocześnie nie oddają one zmian w strukturze zatrudnienia, kiedy to np. zwolniony znalazł nową pracę, ale zarabia dużo mniej niż w poprzedniej. Gdy gmina traci 5 tys. stanowisk w przemyśle lotniczym, o średnich zarobkach 70 tys. dol. rocznie, a zyskuje 5,5 tys. w tanich restauracjach, motelach, pralniach czy w przedszkolach, o średnich zarobkach 20 tys. rocznie, statystyki zatrudnienia wykazują poprawę sytuacji.

Oczywiście łatwiej odpowiedzieć na pytanie, ile nowych miejsc pracy w sumie potrzeba w Ameryce, niż precyzyjnie ustalić, które sektory gospodarki są najbardziej obiecujące: dadzą zatrudnienie, dobrze zapłacą i nie są łatwo podatne na pokusy ucieczki na tańsze rynki. Takie sektory rzecz jasna istnieją, np. transport, energetyka czy usługi medyczne, ale na razie niewiele się w nich dzieje. Od początku recesji zatrudnienie poza rolnictwem spadło o ponad 6 mln. Dwa miliony miejsc pracy ubyło w przemyśle, półtora miliona w budownictwie i pół miliona w sektorze finansów.

Receptą na przezwyciężenie głębokiego kryzysu miał być pakiet stymulacyjny gospodarki w wysokości 787 mld dol., uchwalony przez Kongres przeszło pół roku temu. Jak dotąd jest to jednak bardziej pakiet ratowania najsłabszych niż ożywiania gospodarki. Efekty sanacji są szczególnie skromne, gdy idzie o tworzenie nowych miejsc pracy.

Dzieje się tak z kilku powodów. Spora część środków nie została jeszcze rozdysponowana – do 11 września wydano 98 mld. Duża część funduszy już uruchomionych (dokładnie 88 proc.) poszła na zasiłki dla bezrobotnych, Medicaid, czyli fundusz ubezpieczeń zdrowotnych dla ubogich i niepełnosprawnych, oraz na pomoc dla budżetów stanowych. Dysponenci tych ostatnich nastawiają się raczej na utrzymanie istniejących niż tworzenie nowych miejsc pracy. Z inwestycji infrastrukturalnych, na które bardzo liczono, rozpoczęto niewiele. Do tego trzeba gotowych projektów, zezwoleń, przetargów etc. A takich brak. Zaledwie 3 proc. środków przeznaczono na rozwój transportu i infrastruktury – sektorów, które miały tworzyć nowe, dobrze płatne miejsca pracy. Ma się to mocno zmienić w przyszłych latach.

Rozmiary pakietu bledną w porównaniu ze spadkiem efektywnego popytu w gospodarce USA. Przeciętny Amerykanin nie czuje się tak bogaty jak jeszcze dwa lata temu. Jest też mniejszym optymistą. Majątek gospodarstw domowych, który sięgnął szczytu w II kwartale 2007 r. (64 bln dol.), skurczył się o ponad 20 proc., do 50,4 bln w I kwartale 2009 r. Od listopada 2007 r. do maja 2009 r. oszczędności amerykańskich gospodarstw domowych zwiększyły się o 550 mld w skali rocznej. Nagle cnota zamieniła się, z makroekonomicznego punktu widzenia, w problem.

Ponadto, podczas gdy rząd federalny pompuje pieniądze w gospodarkę, rządy stanowe te pieniądze wypompowują. Niemal każdy stan ma obowiązek równoważenia swego budżetu, więc gdy kurczą się jego wpływy (bo rośnie bezrobocie i spada sprzedaż detaliczna), stany albo tną swe wydatki, albo podnoszą podatki, albo robią i jedno, i drugie. W ten sposób polityka fiskalna na szczeblu stanowym potęguje kłopoty, zamiast je łagodzić. Dlatego, zdaniem części ekonomistów, pakiet powinien być znacznie większy.

Administracja Baracka Obamy obawiała się jednak, że program dwukrotnie wyższy napotkałby opory w Kongresie, a rynki finansowe zareagowałyby nerwowo na tak ogromny wzrost zadłużenia rządu USA. To z kolei przełożyłoby się na wzrost kosztów obsługi długu. Jeśli jednak w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie nastąpi wyraźna poprawa w gospodarce, szczególnie na rynku pracy, Obama może zwrócić się do Kongresu o następną ratę pakietu.

Ameryka zbiedniała

Do chwili, gdy ceny nieruchomości i notowania giełdy zaczęły ostro spadać, przeciętny Amerykanin wydawał więcej, niż zarabiał, bo bank mu na to pozwalał. Jak wynika z danych FED, zadł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]