POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 42-44

Świat

Łukasz Wójcik

Idzie wojna?

„Wojna peloponeska” Tukidydesa stała się najgorętszą książką tego lata w Waszyngtonie. Czy to oznacza, że Amerykanie pójdą na wojnę z Chinami z powodu Korei Północnej?

Brytyjski historyk Paul Kennedy, od lat związany z amerykańskim uniwersytetem Yale, twierdzi, że Amerykanie adoptowali sobie europejską starożytność – z braku własnej. Klasyczne dzieła greckich filozofów, jak przekonuje Kennedy w swojej słynnej książce „Mocarstwa świata. Narodziny – Rozkwit – Upadek”, są znacznie bliższe i z pewnością lepiej znane wykształconym Amerykanom niż Europejczykom. A polityczne rozprawy sprzed dwóch i pół tysiąca lat w większym stopniu ukształtowały amerykański system polityczny niż jakikolwiek inny na Zachodzie.

Nie przypadkiem więc „Wojna peloponeska” Tukidydesa to dziś – jak się zdaje – jedna z najważniejszych książek w Waszyngtonie. „Wojną” zaczytuje się niemal całe najbliższe otoczenie prezydenta Donalda Trumpa. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego gen. McMaster uważa, że to fundamentalna książka, i cytował ją wielokrotnie w swojej publicystyce. Gen. James Mattis zna Tukidydesa na wyrywki. Do „Wojny” nawiązywał kilkakrotnie podczas przesłuchania w Kongresie przed zaprzysiężeniem na sekretarza obrony. Fascynacji „Wojną peloponeską” nie ukrywa też główny strateg Białego Domu Steve Bannon (przez lata jego mailowym hasłem była „Sparta”).

Pierwszy grecki historyk do tego stopnia zawładnął wyobraźnią Waszyngtonu, że na początku lata został bohaterem nadzwyczajnego posiedzenia Narodowej Rady Bezpieczeństwa. Najważniejsi ludzie obecnej administracji zaprosili na nie profesora Harvardu i znawcę „Wojny peloponeskiej” Grahama Allisona. Wydał on właśnie książkę o Tukidydesie i twierdzi w niej, że istnieje coś takiego jak „pułapka Tukidydesa”, która bez względu na czasy prowadzi mocarstwa wprost do wojny.

1

Przed tygodniem, gdy kryzys między Ameryką a Koreą Północną znów nabrał rumieńców, doradcy prezydenta USA próbowali okiełznać jego nadpobudliwość. Sekretarz stanu Rex Tillerson starał się racjonalizować „ogień i furię”, którymi jego pryncypał straszył Kim Dzong Una. Sekretarz Mattis schładzał nastroje, powątpiewając, czy Korea Północna rzeczywiście ma takie zdolności wojskowe, jakimi się chwali. Ostatecznie Kim sam odpuścił w oczekiwaniu na to, co zrobią „ci głupi jankesi”.

Jak uważa John Cassidy z „New Yorkera”, generałowie, którymi otoczył się prezydent USA, zdają sobie sprawę, że w sprawie Korei Północnej nie ma dobrego rozwiązania. W grę raczej nie wchodzi atak rakietowy, bo nawet gdyby się udał, wywołałby natychmiastowy odwet Północy na Południu i milionowe straty w ludziach. Ponadto nawet gdyby w wyniku tego ataku reżim Kima upadł, konieczne byłoby zabezpieczenie broni nuklearnej. To mogłyby zrobić jedynie siły specjalne odważnym rajdem na teren wroga. A tam mogłyby napotkać siły innego państwa, które jeszcze bardziej przejmuje się losem północnokoreańskiego reżimu, czyli Chin. Przypadkowa strzelanina, kilka ofiar. I wojna światowa gotowa.

To tylko jeden z wielu scenariuszy, które mogą doprowadzić do globalnej katastrofy, przekonuje Allison w swojej książce o Tukidydesie pod mało optymistycznym tytułem „Skazani na wojnę” („Destined for War”). Nie chciały jej kajzerowskie Niemcy w 1914 r., tak jak Imperium Brytyjskie. Do I wojny światowej doprowadziła jednak seria wypadków, łańcuch nieracjonalnych sojuszy i nieodpowiedzialni liderzy. Przed wojną nie uchroniły Europejczyków ani wspólne interesy, ani zależności surowcowe. Miała potrwać kilka tygodni, a ciągnęła się cztery lata.

2

I wojna światowa obaliła dwa imperia i wywróciła stary porządek. Ale Allison twierdzi, że to nic nowego pod słońcem. – Prawa rządzące takimi konfliktami odkrył już Tukidydes w swojej „Wojnie”. Są one ponadczasowe, bo wynikają wprost z ludzkiej natury, która się nie zmienia – tłumaczy profesor. – Na tym właśnie polega pułapka Tukidydesa. A dwa następne mocarstwa, które mogą w nią wpaść, to Ameryka i Chiny.

Teza Allisona jest następująca: jak pokazuje historia, gdy mocarstwo pretendent zbliża się potencjałem i – co ważne – samoświadomością do poziomu mocarstwa hegemona, wojna jest bardziej niż prawdopodobna. Tak Allison widzi powody wojny peloponeskiej. W V w. p.n.e. wzrost potęgi Aten „wzbudził strach” w dominującej dotychczas Sparcie i uczynił wojnę nieuniknioną. Bo ludzie wciąż walczą z tych samych powodów, dla których walczyli za czasów Tukidydesa: ze strachu, w obronie honoru czy własnych interesów. Ale nie zawsze tak musi być. – Moja książka to ostrzeżenie, a nie przepowiednia – przekonuje autor.

Allison przeanalizował 16 konfliktów między wschodzącymi i panującymi mocarstwami od XV w. Tylko w czterech przypadkach przy zmianie hegemona nie doszło do otwartej wojny, przy czym dwa z nich to przypadki najnowsze: zimna wojna i integracja europejska po zjednoczeniu Niemiec. W tym ostatnim autor z nieskrywanym podziwem patrzy na Francuzów i Brytyjczyków, którzy przez ostatnie dwie dekady w spokoju przyglądali się rosnącej dominacji Berlina w Unii Europejskiej. „Kluczowy moment to ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]