POLITYKA

Poniedziałek, 1 maja 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 22-24

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Jak kupić sobie władzę

Jednym z najważniejszych celów deklarowanych przez PiS była zawsze walka z korupcją. Ale, jak się okazuje, z tą „prywatną”. Bo w używaniu publicznych pieniędzy na potrzeby partii i jej zwolenników PiS jest arcymistrzem. Z korupcji politycznej zbudował cały system, który stale rozwija.

Motyw zwalczania przekupstwa jest na trwałe związany z legendą braci Kaczyńskich. Bo obydwaj byli zawsze, przynajmniej na pokaz – choć nie brak opowieści, że też autentycznie – uczuleni na wszelkie przejawy korupcji, niezwykle podejrzliwie przyglądali się każdej przedsiębiorczości czy inicjatywie z pieniędzmi w tle. Lech Kaczyński, na przykład, w okresie swojej stołecznej prezydentury zatrzymał niemal wszelkie inwestycje w mieście, ponoć właśnie z obawy przed możliwością korupcji. Teraz zresztą także wiele przetargów i inwestycji jest wstrzymywanych z tego samego powodu. Jarosław Kaczyński natomiast zawsze, gdy tylko uzyskiwał jakiś kawałek władzy, natychmiast zaczynał tropić przestępczy przepływ pieniędzy; tak było przed 2007 r. i tak się dzieje od października 2015 r. I już nawet nie wiadomo, czy decyduje jego faktyczne przekonanie, że Polskę obsiedli złodzieje, czy chodzi raczej o używanie tego widma jako instrumentu politycznego.

Osobista korupcja, trywialne rwanie pieniędzy, Jarosława Kaczyńskiego – można domniemywać – brzydzi. Lubił, w momencie gdy sprawa tego typu stawała w świetle jupiterów, objawić swój absmak, pokazać surowość i bezwzględność. Tak potraktował osławionych tenorów barcelońskich, rugując ich z pierwszej linii za podejrzenia o tanie przewały finansowe i nie pozwalając im na powrót, choć takie próby były podejmowane. Obca mu jest – wydaje się – luksusowa konsumpcja, nabywanie dóbr czy usług (poza ciągłą ochroną na koszt partyjnych dotacji, czyli budżetu). Jakoś sobie trudno prezesa wyobrazić w takim świecie. Czymś innym jednak jest zorganizowana, zbiorowa korupcja jako system polityczny. Ona także daje wielu ludziom korzyści osobiste oraz pieniądze, lecz są one częścią większej całości aksjologicznej, są emanacją polityki, łaskawym dobrem państwa – takiego, jakim go docelowo widzi Jarosław Kaczyński.

Pieniądze, przywileje, lukratywne stanowiska bez konkursów, dotacje, granty, kontrakty, awanse ponad miarę – jeśli tylko są wprzęgnięte w polityczny plan zmiany kraju – nagle przestają mierzić, są akceptowane, pożądane i używane. Jakby Kaczyński zrozumiał, że z samymi ascetycznymi ideowcami kraju nie zmieni, że jednych musi nastraszyć, a innych zachęcić czymś, co do nich przemawia, i przekonać, że to stracą, kiedy go zdradzą. Lider PiS już jakiś czas temu pojął – to czego nie dostrzegali wystarczająco wyraźnie inni politycy – że wyborców, sympatyków, działaczy nie należy przeceniać. Bo docierają do nich argumenty proste, widzą świat tak, jak im się go przedstawi w telewizji, przemawia do nich przede wszystkim gotówka do ręki, materialny konkret, obietnica zyskania wpływów i pozycji, urządzenia siebie i rodziny. Bo nastroje i humory mogą się zmieniać, ale troska o egzystencjalne podstawy jest stała i trwała.

Jedną z fundamentalnych cech państwa PiS ma być zatem podporządkowanie władzy jak największej części gospodarki i aktywności społecznej. Ten zamiar widać na każdym polu, w każdej kolejnej aferze politycznej, którą PiS wywołuje. Ubezwłasnowolnienie Trybunału Konstytucyjnego, ograniczenia praw wolnościowych i obywatelskich, kolejne zmiany legislacyjne, reformy prokuratury, służb specjalnych i zajazdy na cały wymiar sprawiedliwości i media publiczne mają na celu podniesienie sprawności opresyjnych państwa. Te przydadzą się, gdy przyjdzie bardziej efektywnie zająć się organizacjami pozarządowymi, samorządami, biznesem, rozmaitymi środowiskami, w ogóle opozycją i niezależnymi, jak na razie, podmiotami życia społecznego, w tym – pozostającymi jeszcze poza kontrolą władzy mediami komercyjnymi.

Tak czy inaczej, w państwie PiS to władza ma rządzić pieniędzmi, a nie odwrotnie. Wielkie środki finansowe państwa, ale i prywatne, nad którymi państwo zyskuje polityczną kontrolę, mają służyć zmianie ideologicznej nadbudowy, a przy okazji (jeśli nie przede wszystkim) umocnić władzę partii i jej prezesa. Charakterystyczne, że program tzw. repolonizacji Polski ma polegać właściwie na renacjonalizacji, gdzie się tylko da, i na upaństwowieniu gospodarki, tam gdzie ona rozwinęła się po 1989 r. Upaństwowienie oznacza przejęcie majątku, posad i sieci powiązań przez państwo, czyli faktycznie – przez partię rządzącą. Ważne, że PiS nigdy nie uznawał wyjątkowej pozycji wielkich polskich przedsiębiorców i właścicieli, którzy wyrośli w III RP; przed 2007 r. wydał im wręcz wojnę, ona teraz znowu wisi w powietrzu. Choć Janusz Lewandowski słusznie zauważył: „Najbliżej definicji wschodnioeuropejskiego oligarchy jest ks. Rydzyk i towarzystwo, które się uwłaszczyło na SKOK-ach”. Akurat i ks. Rydzyk, i SKOK to swojscy oligarchowie, pozostający w symbiozie i sojuszu z Kaczyńskim, obustronnie korzystnym, w którym jednak hegemonem ma pozostawać prezes. Mogą być i są jakieś cesje ze strony PiS na rzecz innych biznesmenów, jednak w zamian za wsparcie ideowe i materialne, a przynajmniej za neutralność. Lecz porządek dziobania w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]